Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Muzyka / Recenzje / Awakening

Awakening - Horse Latitudes

Awakening

Wykonawca:

Horse Latitudes

Gatunek:

Doom metal

7 /10

Zespół wziął nazwę od kawałka The Doors, ale ciekawe, czy Morrison zrozumiałby, o co chodzi w takim graniu. I to nawet, gdyby wspomógł się zwiększoną dawką substancji, jakie zwykł przyjmować w celu szerszego otwarcia 'drzwi do percepcji'.

Z drugiej strony, Horse Latitudes to jeden z najdziwniejszych utworów Amerykanów, a trójka Finów, która pod tym właśnie szyldem tworzy swe stutonowe dźwięki, nie gra dziwnej muzyki. Raczej na tyle trudną i nużącą przeciętnego słuchacza, że jest mało prawdopodobne, by ten zadał sobie trud dokładniejszego przyjrzenia się 'przebudzeniu'. "Awakening" to drugi krążek kapeli, i już na wstępie warto podkreślić, że znacznie lepszy od debiutu. Mam wrażenie, że na pierwszej płycie, zatytułowanej "Gathering", zespół skoncentrował się przede wszystkim na odpowiednio głośnym bulgotaniu przy użyciu dwu gitar basowych (tak, w składzie Horse Latitudes znajdziemy dwóch basistów i ani jednego gitarzysty) oraz utrzymywaniu jak najwolniejszego tempa i ponurej atmosfery, zapominając przy tym, że nawet w doomie dobrze poprowadzony kawałek ma duże znaczenie.

Może w wyniku ożywczego spotkania ze znakomitym Hooded Menace na wydanym na początku tego roku splicie, a może po prostu w rezultacie wyraźnej poprawy warsztatu kompozycyjnego, "Awakening" wolny jest od większości wad charakterystycznych dla debiutu. Album ten ma ręce i nogi, a poszczególne utwory składają się w dobrze dopasowaną całość. Oczywiście, i tym razem na pierwszy plan wysuwają się przede wszystkim mocne dźwięki dwóch basówek, dając na tyle interesujący efekt, że niekoniecznie myśli się o braku gitarzysty na pokładzie. Ten potencjalny gwiazdor chciałby pewnie stać najbliżej krawędzi sceny albo, uchowaj boże, wcisnąć tu i ówdzie jakąś solówkę. A przecież w świecie Horse Latitudes na takie fanaberie nie ma miejsca. Nie jest to, rzecz jasna, zabieg nowy. Pozostając w obrębie tej samej stylistyki, można wskazać choćby estoński Talbot, który mając w składzie jedynie sekcję rytmiczną (i trochę elektroniki), potrafił nagrać świetną i bardzo zróżnicowaną płytę.

Ten scenariusz być może wciąż jest przed Finami. Póki co, zafascynowani są dość jednorodnym, a chwilami nawet nieco topornym zamulaniem, i powolnym miażdżeniem słuchacza podwójną dawką dźwięków o najniższych częstotliwościach. Doomentia Records, która przyczyniła się do wydania tego materiału, przyrównuje go do Om i, o dziwno, rzeczywiście coś w tym jest, choć to przecież dwa zupełnie inne zespoły. Najwyraźniej słychać to podobieństwo w "Decline of The Ages", ale również w "Dissolution". Z drugiej strony, choć to może nieco ryzykowna teza, wychwytuję tu sporo punktów wspólnych z Reverend Bizarre (a nie, jak chce wytwórnia, Fleshpress), i to nie tylko dlatego, że Harri (wokalista-perkusista - wszystko inaczej w tym Horse Latitudes) w wielu fragmentach śpiewa bardzo podobnie do charakterystycznej maniery Alberta Witchfindera. Zbliżone tempa (nie mam tu jednak na myśli bardziej przebojowego oblicza RB) i, przede wszystkim, podobny klimat, moim zdaniem łączy te dwie fińskie kapele. Czasem też nasi bohaterowie zbliżają się atmosferą do mroczniejszych, lekko okultystycznych dźwięków, na przykład spod znaku Ramesses. Tu, jako potwierdzenie tego faktu, wskazałbym najkrótszy, otwierający album "Preparation".

Właśnie atmosfera, równie duszna i niepokojąca, co hipnotyczna i wciągająca, jest podstawową zaletą "Awakening". Horse Latitudes, choć ma jeszcze nad czym popracować, nie niknie w tłumie dziesiątków podobnych zawodników wagi superciężkiej. Samo to stanowi już niemałą zaletę. Mam niejasne przeczucie, że Morrison łatwiej zrozumiałby dziś właśnie takie dźwięki, aniżeli to, co stało się ze współczesną muzyką rozrywkową, choć przecież właśnie taką tworzył sam.

Szymon Kubicki