Kup Magazyn Gitarzysta

Unisonic - Unisonic

Unisonic

Wykonawca:

Unisonic

Gatunek:

Hard rock

7 /10

Czy jest jakiś fan klasycznego heavy metalu, który nie słyszał o Unisonic? Obok tej niemieckiej "supergrupy" trudno przejść obojętnie.

W składzie ma bowiem byłych i obecnych członków takich zespołów jak Gamma Ray czy Helloween. Mimo to na wydanie debiutanckiej płyty czekali prawie 3 lata, wcześniej nagrywając demówki. W przypadku tego rodzaju muzyki czas nie gra specjalnej roli, bo i tak z zasady jest ona "staromodna". Nie obyło się jednak bez narzekań, że Unisonic jest za bardzo rockowy, a zbyt mało metalowy. Nawet jeśli przyznamy krytykom rację, to i tak trzeba ten album uznać za udany.

Zaczyna się dynamicznie, co najmniej jakbyśmy mieli do czynienia z Saxon. Utwór tytułowy to potencjalny hit - koncertowy czy nawet radiowy, bo grupa faktycznie dba o melodie i rockową chwytliwość, nie przestając być przy tym zespołem heavymetalowym. Tę linię kontynuuje równie przebojowy "Souls Alive", który jednak jest kompozycja łagodniejszą. Dalej jest już niemal radiowo - "Never Too Late". W tych fragmentach Unisonic brzmi jak niemiecka odpowiedź na AC/DC i nie jest to bynajmniej wada. Może jedynie wokal jest "Helloweenowy", ale cała reszta to klasyczny hard`n`roll do jakiego przyzwyczaili nas Australijczycy.

Unisonic generalnie unikają forsowania tempa. Nie jest to zła taktyka. Gorzej gdy zespół niebezpiecznie zbliża się do rejonów stadionowego rocka (zwłaszcza "Never Change Me"). Nie ma na szczęście takich momentów zbyt dużo. Na krążku dominuje niezbyt szybki, ale za to pełen wpadających w ucho solówek heavy metal ("Renegade") i hard rock ("My Sanctuary"). Unisonic ani przez moment nie zaskakuje, ale też nie rozczarowuje. To solidne rockowe granie bez pretensji o oryginalność. Intrygujące początki "Renegade", "King for a Day" i "We Rise" obiecują sporo, ale muzycy rzadko idą w tym, metalowym kierunku. To nadal dobre piosenki (zwłaszcza "We Rise"), ale można było tak naprawdę oczekiwać czegoś więcej.

Na koniec dostajemy ponad 6-minutową, ciężkostrawną balladę, która przy maksymalnie dobrej woli mogłaby się kojarzyć z "November Rain" Guns N' Roses. Może gdyby "No One Ever Sees Me" trwał o połowę krócej... Niemniej podejrzewam, że swoich fanów ma i takie granie, więc może komuś się spodoba.

"Unisonic" to album solidny i przyjemny w słuchaniu. Wokal Michaela Kiskego już chyba zawsze będzie się kojarzył z Helloween i fani tego niemieckiego zespołu (jak i innych, w których udzielał się jego frontman) w pierwszej kolejności powinni sięgnąć po te nagrania. Wielbiciele klasycznego hard`n`heavy będą w większości ukontentowani, pod warunkiem oczywiście, że odpowiada im łagodniejszy wariant tej muzyki. I dla nich przede wszystkim Unisonic wydał swój debiut.

Krzysztof Kołacki