Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Muzyka / Recenzje / Shanachie Days

Shanachie Days - Grady Champion

Shanachie Days

Wykonawca:

Grady Champion

Gatunek:

Blues

8 /10

W ubiegłym roku miałem niewątpliwą przyjemność recenzować album Grady'ego Championa "Dreamin’". Teraz ukazał się krążek zawierający jego nagrania dokonane w latach 1999-2001 dla wytwórni Shanachie (stąd zresztą wziął się tytuł płyty).

W świecie filmu taki produkt nazwano by pewnie prequel. Siedemnaście utworów i dobrze ponad godzina słuchania, tak statystycznie można opisać ten album. W przeciwieństwie do "Dreamin’", "Shanachie Days" wypełniony jest prawie wyłącznie bluesem i to w różnych odmianach i stylach. Chociaż otwierający płytę "Brother, Brother" wcale tego nie zapowiada, bo to szybki, wręcz przebojowy i raczej rockowy w charakterze numer. Jestem zauroczony utworami soulowymi czy też soul-bluesowymi, których wybór jest całkiem bogaty m.in. "Policeman Blues", "Love Is My Middle Name" (nie da się nie podśpiewywać tego zaraźliwego refrenu), "Payin’ For My Sins". Świetnie wypada "Roberta". To taki leciutki wiejski bluesik z countrową a może raczej folkową lekkością. Całość jest pięknie zagrana z wykorzystaniem akustycznie brzmiących instrumentów (fortepian, mandolina, kontrabas, slide, harmonijka). Skojarzył mi się natychmiast z kawałkiem "Alberta" znanym z wykonania Erica Claptona i to nie tylko poprzez zbieżność tytułów.

Niezwykle ciekawie wypada "Wine and Women". Intrygująco rozbujane tempo, leniwa gitara, troszkę inaczej zaśpiewane. Absolutnym numerem jeden jest za to "Policeman Blues". Piękna soulowa kompozycja zagrana lekko i z polotem, z rozbrajająco brzmiącym pianinem elektrycznym i żeńskim chórkiem. Słuchając takiego muzycznego bujania nie da się usiedzieć spokojnie. Całość świetnie pulsuje w rytm basu, a pozostałe instrumenty dorzucają swoje do ognia. Obok wyżej wymienionych utworów na płycie możemy posłuchać również shuffle (dziarskie "I’m Smillin’ Again" czy też "Let Me Be"), wolnych bluesów ("Lady Luck"), rhythm and bluesa ("You Got Some Explainning To Do"), czy funkowego bujania ("Dreamin’"). Pojawiają się też nieśmiałe elementy rapu ("Wine and Women", "Policeman Blues").

"Shanachie Days" to moim zdaniem bardzo dobra płyta. Słucha się jej z dużą przyjemnością, a czasem wręcz z otwartą z zachwytu gębą. Jedyną rzeczą jaka powstrzymała mnie przed wystawieniem wyższej noty okazały się kompozycje. Bardzo dobrze, że są to kawałki własne, szkoda jednak, że zabrakło czegoś wybitnie oryginalnego, świeżego. Staram się umiejętnie dobierać słowa, aby się nie okazało, że uważam je za kompletnie nieudane. Utwory są takie bardzo "akuratne", cholernie poprawne, dość ściśle trzymające się kanonu i znanych schematów. Innymi słowy jest bardzo rzetelnie i poprawnie, ale bez jakiegoś szczególnego błysku oryginalności. Pozostałe elementy, które składają się na ogólny obraz płyty są po prostu świetne.

Poszczególne kompozycje powstawały podczas różnych sesji nagraniowych, stąd zapewne aż tak długa lista muzyków towarzyszących, no i - przy okazji - wykorzystanych instrumentów. Daje to naprawdę fantastyczny efekt bogactwa, czy wręcz przepychu, a każde następne przesłuchanie krążka odkrywa nowe smaczki: a to kilka akordów zagranych na pianie elektrycznym, a to mini solówka na puzonie czy saksofonie tenorowym, a to "bulgoczący" Hammond. Całość została poddana remasteringowi, dlatego brzmi spójnie i jednorodnie.

O zaletach Grady'ego Championa jako wokalisty i jego wadach jako harmonijkarza pisałem już w swojej poprzedniej recenzji i nie ma sensu się powtarzać. Dodam jedynie, że słychać tu więcej skojarzeń z Koko Taylor. Może to wpływ takiego a nie innego repertuaru? A może przez te dziesięć lat, jakie dzieli obydwa materiały, Grady pozbył się tych wokalnych naleciałości?

"Shanachie Days" nabiera nieco innego kontekstu, kiedy wcześniej posłuchało się "Dreamin’". Docenia się wtedy w sposób szczególny wszechstronność Championa oraz drogę, jaką przeszedł przez ostatnią dekadę. Ale oczywiście nic nie stoi na przeszkodzie, aby spotkanie z jego twórczością rozpocząć właśnie od tego albumu.

Robert Trusiak