Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Muzyka / Recenzje / At the Gate of Sethu

At the Gate of Sethu - Nile

At the Gate of Sethu

Wykonawca:

Nile

Gatunek:

Death metal

8 /10

"At The Gate Of Sethu" to siódmy studyjny album Nile, ale jednocześnie pierwszy, który wywołał u mnie bardzo mieszane uczucia.

Wcześniejsze krążki amerykańskiego zespołu były albo solidne, albo porządne, a następcy "Those Whom The Gods Detest" długo nie potrafiłem ugryźć z żadnej strony. Wcale mi nie chodzi o takie mało istotne drobiazgi jak brzydka okładka, ale o samą muzykę. Premierowe utwory tej oryginalnej formacji to nie tylko solidna porcja technicznego death metalu utrzymanego w klimacie z historią Starożytnego Egiptu w tle, ale także kilka porządnych utworów, które śmiało wpisują się jeśli nie w kanon to na pewno w czołówkę dotychczasowej twórczości Nile. Tyle, że samo brzmienie "At The Gate Of Sethu" to standard sprzed co najmniej piętnastu lat. Domyślam się, że starsi fani ekstremalnych odmian metalu nie zwykli inwestować emocji w to, jak album brzmi, ale przede wszystkim w to jakie znalazły się na nim kompozycje. Niemniej na krążku sygnowanym logo Nuclear Blast wypadałoby w tej materii utrzymać przynajmniej granice przyzwoitości, a tego na "At The Gate Of Sethu" moim zdaniem zabrakło. W ten sposób otrzymaliśmy album z archaicznym brzmieniem, ale za to solidną porcją muzyki.

W sumie na materiale liczącym nieco powyżej trzech kwadransów znalazło się jedenaście premierowych kompozycji. Dwie spośród nich to instrumentalne miniatury: zaklęte w lovecraftowskim potępieniu "Slaves of Xul" oraz "Ethno-Musicological Cannibalisms", czyli coś, co można określić północnoafrykańskim folkiem. Numery krótkie, ale przyjemne. Stanowiące doskonałe uzupełnienie rasowego death metalu. "At The Gate Of Sethu" zawiera kilka utworów, które - tak jak wspomniałem - powinny wejść do kanonu twórczości Nile. Na pierwszy ogień wysuwa się tutaj klimatyczne, przyprawione wyborną solówką gitarową otwarcie pod postacią "Enduring the Eternal Molestation of Flame", a jego atmosferę dodatkowo wzmacnia i podkręca do czerwoności następny w kolejce "The Fiends Who Come to Steal the Magick of the Deceased". Narażam się na lincz, ale fragmenty tego kawałka przywołały u mnie skojarzenie z Mastodon w największym stopniu ekstremum. Zresztą tak jak większość utworów Nile wspartych dodatkowymi wokalami, a w tej roli na "At The Gates Of Sethu" wystąpili Jon Vesano, Mike Breazeale oraz Jason Hagan. Kwintesencja stylu Nile znalazła się w brutalnym i szybkim "The Gods Who Light Up the Sky at the Gate of Sethu", pełnym niesamowitych zagrywek gitar i perkusji, ale też wciąż utrzymanym w tym unikalnym dla death metalu klimacie. Dzieła zniszczenia dopełniły kolejny sztandarowy numer amerykańskiego zespołu "Supreme Humanism of Megalomania" oraz przemyślane i logiczne dopełnienie całości w postaci "The Chaining of the Iniquitous", który to po serii celnych riffów zamknął album w mrokach egipskiej tajemnicy.

Oczywiście "At The Gate Of Sethu" w warstwie lirycznej (i muzycznej!) to nie tylko Starożytny Egipt, ale również wspominany wcześniej ukłon dla Lovecrafta, a także Tybet we wściekłym "Natural Liberation of Fear Through the Ritual Deception of Death". Zresztą oprawa liryczna krążka została bardzo wymownie opisana przez Sandersa w samym booklecie albumu. Czy o czymś zapomniałem? Tak. Są tu jeszcze takie utwory jak "The Inevitable Degradation of Flesh", "When My Wrath Is Done" i "Tribunal of the Dead". Szczególne wrażenie zrobił na mnie drugi spośród nich. Być może ze względu na odświeżające akustyczne wejście? A może to podświadome następstwa katorgi IV dynastią, której swego czasu doświadczyłem? Jakkolwiek by tego nie rozpatrywać, nowemu krążkowi Nile nie brakuje bogactwa materiału, który przy wielu przesłuchaniach pozwala odkrywać kolejne fragmenty.

Konkluzja jest taka, że na nowym albumie Nile można dużo odnaleźć i wiele dobrego usłyszeć. "At The Gate Of Sethu" to kolejny udany krążek amerykańskiego zespołu, który eksponuje nie tylko zaawansowanie techniczne trójki death metalowców, ale i stanowi kolejną odsłonę ich oryginalnych inspiracji. Pozostaje tylko żałować, że brzmienie tego dzieła pozostawia bardzo dużo do życzenia. Delikatnie rzecz ujmując.

Konrad Sebastian Morawski