Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Muzyka / Recenzje / Anastasis

Anastasis - Dead Can Dance

Anastasis

Wykonawca:

Dead Can Dance

Gatunek:

World music

8 /10

Wydana, po 16 latach przerwy, nowa płyta Dead Can Dance to bardzo dobry album, choć magia i klimat, tak charakterystyczne dla wcześniejszych dzieł duetu, pojawiają się tu tylko momentami.

Po rozpadzie zespołu w roku 1998 Lisa Gerrard i Brendan Perry zajęli się własnymi karierami. O ile Brendan nie rozpieszczał swych fanów nadmiarem wydawnictw, firmowanych własnym nazwiskiem, o tyle Lisa nie narzekała na brak zajęć (i uznania krytyków), czego dowodem była choćby statuetka Złotego Globu za soundtrack do 'Gladiatora'. Solowa twórczość obydwojga nie do końca jednak trafiała w gusta wielbicieli Dead Can Dance, którzy z nadzieją wyczekiwali reunionu duetu. Nic więc dziwnego, że trasa koncertowa w 2005 roku, w ramach której DCD zagrał m.in. fenomenalny koncert w Sali Kongresowej, spotkała się z gigantycznym zainteresowaniem i jeszcze bardziej podsyciła wiarę słuchaczy w nowy studyjny krążek zespołu. Na to trzeba było jednak jeszcze trochę poczekać. O tym zaś, że Perry wciąż nie może uwolnić się od bagażu DCD, zaświadczył jego drugi solowy album "Ark" z 2010 roku. Dalej sprawy potoczyły się szybko - rok później wokalista ujawnił, że nowy materiał Dead Can Dance ujrzy w końcu światło dzienne.

Tytuł płyty jest nieprzypadkowy, Anastasis to bowiem słowo z greki, oznaczające wskrzeszenie. Czy dobrze się stało, że duet zmartwychwstał? Moim zdaniem, i tak i nie. Nie, bo studyjny dorobek zespołu, zamknięty w ramy "Dead Can Dance" - "Spiritchaser" to dla mnie dzieło kompletne. Ponadczasowe i niewymagające suplementów. Z tego punktu widzenia "Anastasis" nie jest płytą konieczną, gdyż wszystko, co najcenniejsze w DCD, można znaleźć na wcześniejszych albumach. Tym bardziej, że nowy krążek jest niemal całkowicie wypełniony starymi pomysłami. Można odnieść wrażenie, że zespół cofnął się w czasie, bezpiecznie i zachowawczo sięgając do tego, co sprawdzone. Takie utwory, jak "Anabasis" czy "Agape", to dosłowne kalki wykorzystanych w przeszłości patentów.

To, wbrew pozorom, wcale nie jest najpoważniejszy zarzut; w końcu każdy z nas ma w sobie coś z  inżyniera Mamonia i lubi sięgać po to, co już dobrze zna. Bardziej przeszkadza mi nadmierna jednorodność (także brzmieniowa) "Anastasis", w czym wyczuwam rękę Perry'ego. Na szczęście, poszczególne kompozycje nie są do siebie aż tak podobne, jak na "Ark", nie cechuje ich również archaiczny sound. Tak czy owak, Dead Can Dance AD 2012 nie jest już projektem eklektycznym, który tak znakomicie potrafił łączyć world music z muzyką średniowiecznej Europy albo piękne, niezapomniane piosenki (zazwyczaj śpiewane przez Brendana) z wokalnymi popisami Lisy (pierwszy z brzegu przykład to sąsiadujące ze sobą na "Aion" "Black Sun" oraz "Wilderness").  

Jak za dawnych czasów, utwory śpiewane przez Perry’ego przeplatają się z tymi wykonywanymi przez Gerrard, ale kompozycje, które znalazły się na "Anastasis", brzmią trochę jak stworzone według jednego klucza. Wyróżnia się jedynie folkowy, wspaniale zaśpiewany przez Lisę (w końcówce również przez Brendana) "The Return of The She-King", wprowadzający nieco rycerskiej, filmowej atmosfery. Zresztą, Lisa wnosi więcej do tego albumu, kawałki, w których udziela się wokalnie, są po prostu lepsze, bardziej klimatyczne i urozmaicone.   

Wracając jednak do podstawowego pytania o sens zmartwychwstania, które wcześniej zadałem sam sobie: dlaczego tak? Dlatego, że "Anastasis" po prostu trzyma poziom. To dobry, solidny album, który towarzyszy mi od wielu dni, niekoniecznie ze względów zawodowych. Owszem, płyta nie zawiera przebłysków geniuszu, ani też nie gwarantuje emocji, które dałyby się porównać z tymi, dostarczanymi przez wcześniejsze materiały Dead Can Dance. Jednocześnie jednak nie przynosi wstydu swym twórcom, i zapewnia odpowiednią dawkę klimatycznego grania. Jak wspomniałem, nie jest to krążek, która koniecznie musiał się ukazać, ale skoro tak się stało, jego zignorowanie byłoby błędem.

Szymon Kubicki