Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Muzyka / Recenzje / Live At The O2

Live At The O2 - Kasabian

Live At The O2

Wykonawca:

Kasabian

Gatunek:

Indie rock

8 /10

Nie lubię megalomanii Sergio Pizzorno, uważam, że Kasabian ma dużo dobrych utworów, ale płyt, które porywają w całości - nie. Po prostu - jestem mocno zdystansowany do tego zespołu. Ale jedno trzeba im przyznać - na koncertach wypadają świetnie!

Dobrze trafiłem z recenzją tego DVD, bowiem kilka dni temu widziałem Brytyjczyków podczas Impact Festu i ich występ zrobił na mnie duże wrażenie. Miło więc skonfrontować to, co widziałem na żywo z materiałem dostępnym na krążku. Pizzorno i Tom Meighan twierdzą, że podczas trasy promującej ich ostatni krążek, "Velociraptor!", każdy kolejny koncert jest ich najlepszym. Ciężko mi jednoznacznie zweryfikować to twierdzenie, ale - uprzedzając fakty - w Warszawie podobali mi się bardziej, niż w Londynie. Co nie znaczy, że prezentowali się źle - wręcz przeciwnie!

Wybrali sobie idealny dzień na koncert - 15 grudnia 2011, czyli 31. urodziny Sergio Pizzorno. W londyńskiej hali 02 Arena czuć nastrój muzycznego (i nie tylko święta) od początku występu Kasbian. I tak przez 19 piosenek, z obowiązkowym "Happy Birthday" dla gitarzysty. Możliwość wczucia się w ówczesny mikroklimat daje nam znakomite udźwiękowienie - inżynier dźwięku maczający paluszki przy "Live At The O2" naprawdę wie, jak kręcić gałkami. Zespół brzmi przekonująco, cieszy świetne umiejscowienie w miksie odgłosów publiki - bardzo dobrze uwypuklono jej współudział przy śpiewaniu wszystkich refrenów piosenek Kasabian.

Nadal twierdzę, że ten skład to zespół pojedynczych piosenkowych strzałów, a nie znakomitych dobrych płyt, dlatego występy na żywo mają okazję wynieść go na wyższy poziom. I faktycznie tak jest. Zdecydowanie przyjemniej ogląda się Toma Meighana zachowującego się jak rasowy frontman i do tego czysto śpiewającego, niż słuchać go jeno w głośnikach. Ciekawiej jest oglądać skupionego Sergio, który na scenie - poza częstotliwością używania słówka "fucking" - nie ma w sobie nic denerwującego. Gra skupiony, ale - że to tak ujmę - lekki, a jego zaczes przypomina fryzurę młodego Freddie'ego Mercury. Pizzorno z pewnością chciałby zostać postawiony w jednym rzędzie z wokalistą Queen.

Pozostając jeszcze przy samej prezencji muzyków, to muszę tu wspomnieć o jedynej dużej "wadzie" omawianego DVD. Mianowicie wygląd Toma. Koleś na co dzień stroi się mniej "napuszenie", ma gładko uczesaną fryzurkę i okulary. A tutaj strój i fryz a la Elvis, adekwatne okulary - dla mnie to jest sztuczne. Nie lubię, gdy zespół daje ze sceny znać, iż wie, że go filmują. Okej, niby w takiej chwili chcesz zaprezentować się jak najlepiej, jak najciekawiej, ale z drugiej  tym prostym sposobem zatracasz tę naturalność, którą cechują się twoje pozostałe koncerty.

Obraz - ostry, umiejętnie nieprzesycony, napisy (z których w sumie nie ma sensu korzystać, no ale opcja jest) osadzone w sposób nieprzeszkadzający odbiorowi koncertu. Za muzykami widnieją wielkie ekrany, które prezentują wielobarwne wizualizacje. Plus

A setlista? Już mówiłem o "jednostrzałowości" Kasabian. Pizzorno i spółka zebrali wszystko, co najlepsze w swym dorobku i bardzo zgrabnie, naturalnie zaprezentowali. Co oczywiste, rządzą piosenki z "Velociraptor!" - koncert rozpoczyna prawdziwy killer, znakomity "Days Are Forgotten", a później zespół serwuje jeszcze kawałek tytułowy (wersja live, szczególnie ta, którą usłyszałem w Warszawie, podoba mi się zdecydowanie bardziej), "Goodbye Kiss", "La Fee Verte", "I Hear Voices", kolejny hit - "Re-Wired" i mocno elektroniczny "Switchblade Smiles". Trochę brakuje mi "Let's Roll Just Like We Used To" - wiem, że ten numer żre na koncertach, jak mało który, a i jego wersja płytowa, jej wyraźne nawiązanie do The Beatles, stawiają ją na podium moich ulubionych piosenek Kasabian. Uzupełnia je "Underdog" z "West Ryder Pauper Lunatic Asylum", który oczywiście zespół zaprezentował w Londynie. Koncert kończy "zamykacz" prawie doskonały - "Fire". Lud skacze, zespół się cieszy, Sergio jest dumny jak paw.

Tak więc  "Live at the O2" to godna prezentacja scenicznych umiejętności Kasabian. Mnie ta wersja zespołu zdecydowanie bardziej przekonuje, niż studyjna. Oglądnąłem DVD z przyjemnością i - tego jestem pewien - już niedługo do niego wrócę. Tak dobrze mi się przy nim wspomina Impact…

Jurek Gibadło