Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Muzyka / Recenzje / The Laughing Stalk

The Laughing Stalk - Wovenhand

The Laughing Stalk

Wykonawca:

Wovenhand

7 /10

David Eugene Edwards to jedna z bardziej nietuzinkowych postaci amerykańskiej sceny muzycznej. David śpiewa o Bogu, ale nikt nie robi tego w taki sposób jak on.

Jego wcześniejszy zespół, folkowy 16 Horsepower, wpisywano w nurt alt country, ale ów gatunek szybko stał się zbyt wąski dla pełnego zdefiniowania stylistyki bandu. Kiedy drogi muzyków rozeszły się, Edwards zaczął realizować swe muzyczne wizje w Wovenhand, które w jeszcze większym stopniu wymykają się jakimkolwiek próbom szufladkowania. Cechą wspólną całej twórczości Edwardsa jest Bóg, główny bohater opowieści artysty, który od dzieciństwa wychowywany był na styku kultury rdzennych mieszkańców Ameryki oraz chrześcijańskiego Kościoła Nazarejczyka. Religijne reguły tego kościoła, wpojone Davidowi przez matkę, której ojciec był kaznodzieją, nie przeszkadzały mu w poznawaniu indiańskiego dziedzictwa przodków ze strony ojca. W jednym z wywiadów Edwards wspomniał, że nigdy nie przepadał ze chrześcijańską muzyką, wykonywaną poza kościołem, i zawsze bliższe było mu na przykład Joy Division czy Nick Cave.      

Nic dziwnego, że Wovenhand jest bardzo daleki od radosnych pieśni gospel czy szerokopojętego nurtu rocka chrześcijańskiego. Wovenhand operuje wszelkimi odcieniami smutku i żalu, prezentuje bardzo uduchowione, intymne i niezwykle klimatyczne dźwięki. W niektórych kompozycjach tego zespołu można znaleźć więcej mroku i niepokoju niż w niejednym metalowym wyziewie, być może dlatego wersja ich kawałka "Oil on Panel" znalazła się na najnowszym singlu antychrześcijańskich bluźnierców z Marduk. Paradoks? Nie większy niż to, że Wovenhand wciąż pozostaje w Polsce zespołem niszowym, również wśród słuchaczy otwarcie manifestujących swe uwielbienie dla wszystkiego, co w muzyce "off-owe".

"The Laughing Stalk" to siódmy album formacji, który zgodnie z zapowiedziami wytwórni, przynosi największe stylistyczne zmiany. Zwiastowały je już dwa wcześniejsze krążki "Ten Stones" i "The Threshingfloor", ale nie na tyle wyraźnie, by najnowszy materiał Wovenhand nie zaskakiwał. To miał być najmocniejszy, rockowy album Wovenhand, i rzeczywiście "The Laughing Stalk" wyraźniej niż kiedykolwiek wcześniej ociera się o tę stylistykę. Słychać to już od pierwszych chwil znakomitego, chyba najlepszego na płycie "Long Horn", opartego na mocnych dźwiękach gitary elektrycznej. Zmiany odzwierciedla również "King O King" (choć znalazło się w nim kilka indiańskich zaśpiewów Edwardsa), a jeszcze wyraźniej "As Wool", zupełnie nowa jakość w twórczości zespołu.

Trudno rozstrzygnąć, skąd taki zwrot. Wprawdzie w składzie formacji zabrakło Pascala Humberta, który współpracował z Edwardsem jeszcze w 16 Horsepower, a z wcześniejszego line-upu ostał się tylko perkusista Ordy Garrison, ale nowi muzycy nie mieli żadnego wpływu na kompozycje. W przeciwieństwie do wspomnianych wyżej płyt, tym razem, tak jak na pierwszych albumach, za całość muzyki oraz wszystkie teksty odpowiada sam Edwards. Trudno nie wspomnieć tu również o dość symbolicznej decyzji powierzenia miksów Alexandrowi Hacke, tj. specowi od hałasu z Einstürzende Neubauten.

Oczywiście, nie wszystkie kawałki tak istotnie odbiegają od tego, do czego zespół przyzwyczaił fanów, bowiem "The Laughing Stalk" to krążek bardzo urozmaicony, na tyle, że momentami sprawia wręcz bałaganiarskie wrażenie. Poprzednie dzieła Wovenhand również nie były jednorodne, ale klamrę spinającą poszczególne kompozycje stanowił jedyny w swoim rodzaju klimat. Zdecydowana przewaga akustycznych brzmień gitary i banjo, pianina, ciepłej sekcji rytmicznej, czasem też skrzypiec i innych instrumentów powodowała, że słuchacz odnosił wrażenie, iż Edwards i towarzyszący mu muzycy grają wyłącznie dla niego. Tym razem, na ołtarzu rockowego oblicza Wovenhand położył nie tylko akustyczne dźwięki, których tu wyraźnie brakuje, ale również atmosferę, podstawowy znak rozpoznawczy, wyróżniający go z rzeszy innych kapel. Sound materiału jest bardziej zwarty oraz, jakkolwiek by to nie zabrzmiało, masywny. Już drugi na płycie utwór (tytułowy) to po prostu ładna piosenka, która zwłaszcza w refrenie niebezpiecznie zbliża się do tego, co proponują setki innych rockowych składów. Podobnie jest z kolejnym "In The Temple". Trochę klimatu wprowadzają "Closer", "Maize" i nieco zimnofalowy "Coup Stick", co zresztą nie dziwi, biorąc pod uwagę fascynacje Edwardsa, o których wspomniałem wcześniej, oraz fakt, że coverował on już zarówno utwory Joy Division, jak i New Order.   

Mam nieco mieszane odczucia względem "The Laughing Stalk". Na pewno materiał ten nie dorównuje najlepszym dziełom zespołu, w postaci albumów "Woven Hand", "Consider The Birds" i "Mosaic". Z drugiej strony, nie odbiega szczególnie poziomem od "Ten Stones" i "The Threshingfloor". Przyznam, że świetnie mi się słucha nowej płyty, choć zdecydowanie brak mi w niej akustycznych brzmień, podskórnie obecnego mistycyzmu i indiańskiego Wielkiego Ducha. Jednocześnie, trudno nie zachwycać się wspomnianym "Long Horn", który dowodzi, jak genialne może być połączenie starego Wovenhand z nowym. Ten jeden kawałek zasługuje na 10, ale cały krążek to raczej 7.

Szymon Kubicki