Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Muzyka / Recenzje / Oro: Opus Alter

Oro: Opus Alter - Ufomammut

Oro: Opus Alter

Wykonawca:

Ufomammut

Gatunek:

Doom metal

9 /10

Druga część "złotego" albumu Ufomammut, zgodnie z zapowiedziami, kontynuuje kierunek obrany na pierwszej odsłonie "Oro" sprzed kilku miesięcy; sprawia jednak znacznie lepsze wrażenie.

Wygląda na to, że Włosi, zgodnie zresztą z tym, co mówili w niedawnym wywiadzie dla Gitarzysty, wszystko, co najlepsze zostawili na koniec. Zawartość samego tylko "Oro: Opus Primum", przypomnijmy - pierwszego materiału zespołu, który ukazał się w barwach kultowej Neurot Recordings, miała być niewystarczająca do pełnej oceny "Oro". "Opus Alter", którego oficjalna premiera wypada za kilka dni, jest - wedle słów muzyków - dopełnieniem całości, pozwalającym w pełni pojąć koncept, który legł u podstaw najnowszego dzieła formacji. Muszę przyznać, że tak jest w istocie.

Owszem, wciąż nie ma tu mowy o większym zaskoczeniu, bowiem kapela robi dokładnie to, do czego przez lata przyzwyczaiła słuchaczy. "Opus Alter" zaś zarówno brzmieniowo, jak i dzięki niektórym patentom, wyraźnie nawiązuje do "Opus Primum". W gruncie rzeczy nie mogło być chyba inaczej, skoro wszystkie kompozycje zarejestrowano podczas tej samej sesji, a kawałki na poszczególne części były wybierane przez chłopaków równocześnie. Trudno mi ocenić, czy to zasługa przypadku, czy może jednak dokładnie przemyślanej strategii (choć przecież percepcja twórców zawsze będzie inna niż słuchacza), ale odnoszę wrażenie, że akcenty na obydwu krążkach nie zostały rozłożone równomiernie, przez co "Opus Alter" jest zdecydowanie ciekawszym materiałem.

Na tle "Opus Alter" jego poprzednik sprawia wrażenie co najwyżej rozgrzewki, pewnego wprowadzenia i zawiązania niektórych wątków, które później - na drugiej płycie - znajdują swój finał. Nie jest to może zły pomysł, ale tego typu rozgrzewka powinna również skutecznie rozbudzić ciekawość i sprawić, że słuchacz z niecierpliwością będzie wyczekiwać kolejnej porcji muzyki. Tymczasem, w moim odczuciu pierwsza odsłona "Oro" sygnalizowała spadek formy Ufomammut. Wyraźnie zabrakło tam większej dawki wyrazistości, a w ostatecznych ocenach krążka dominowało niestety rozczarowanie. "Opus Alter" pozbawiony jest na szczęście tamtych słabości. To mocny, od początku do końca konkretny i mięsisty materiał, bez dłużyzn i nadmiernie rozbudowanego, kosmicznego plumkania. Tak ciężko, a zarazem 'bujająco' formacja nie grała od dawna. Już wyobrażam sobie, co będzie się działo na żywo, tym bardziej, że całość brzmi bez porównania lepiej puszczona z głośników, aniżeli odsłuchiwana w słuchawkach.

Już rozpoczynający całość "Oroborus", z charakterystycznym początkowym wejściem basu, zapowiada się na prawdziwy koncertowy killer. Włosi przez większość tej blisko ośmiominutowej kompozycji porządnie dorzucają do pieca, a głowa lata sama. "Luxon" to klasyczny Ufomammut, w którym sposób śpiewania Urlo wyraźnie nawiązuje do niektórych fragmentów "Eve", a jego stutonowe zakończenie po prostu wgniata w glebę. Świetnych, mocnych fragmentów nie zabrakło i w najdłuższym na płycie "Sulphurdew" oraz w kolejnym "Sublime". Za to charakterystyczny "Deityrant" to największe zaskoczenie, najdobitniej dowodzące, co miał na myśli Vita, nazywając "Opus Alter" we wspomnianym wyżej wywiadzie materiałem "bardziej rock'n'rollowym". Jak na standardy Ufomammut, to dynamiczny, całkiem szybki kawałek, oparty o wpadający w ucho motyw, ale wciąż brzmiący bardzo mięsiście i potężnie. Coś na kształt "Odio" AD 2012.          

Podsumowując, rozumiem argumentację muzyków, ale pozostanę przy swoim zdaniu. "Opus Alter" tylko mnie w nim utwierdził. "Oro" powinno ujrzeć światło dzienne jako album dwupłytowy. Wówczas siła jego oddziaływania byłaby zdecydowanie większa, a "rozgrzewka" stałaby się bardziej zrozumiała i uzasadniona. Jednocześnie, swoisty koncept płyty, jako alchemicznego procesu destylacji złota, okazałby się bardziej umocowany w warstwie muzycznej. "Oro" jest jak jing i jang, powinien stanowić jedność, a jego podział na dwa odrębne krążki, w dodatku wydane z kilkumiesięczną przerwą, nie tylko wywołało lekką konsternację wśród fanów zespołu, ale też wcale nie zapobiegło naturalnej tendencji do preferowania jednego z dwu nagranych krążków. Nie mam wątpliwości, że w przyszłości częściej będę sięgać po "Oro: Opus Alter", ale przyznaję również, że krążek ten (a także, co tu kryć, koncerty) pozwolił mi także na nowo spojrzeć na album w całej okazałości. Dla miłośników gatunku bezdyskusyjnie rzecz obowiązkowa.

Szymon Kubicki