Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Muzyka / Recenzje / Down IV Part I - The Purple EP

Down IV Part I - The Purple EP - Down

Down IV Part I - The Purple EP

Wykonawca:

Down

4 /10

Down przyzwyczaił nas do solidnych wydawnictw. Nawet jeśli ich debiut brzmiał jak demówka, a kawałki sprawiały wrażenie niedokończonych, to nadal poziom samej muzyki był bezbłędny.

Oceniając z perspektywy czasu dokonania Down, wydaje mi się że drugi album "A Bustle in Your Hedgerow" był jego swoistym opus magnum. Specyficzny klimat Luizjany dało się odczuć właściwie we wszystkich numerach, a każdy utwór różnił się od poprzedniego. Nie szedłbym oczywiście zbyt daleko, jak np. recenzenci w Teraz Rocku, piszący że zespół ocierał się wówczas nawet o jazz, ale trzeba przyznać, iż rozrzut stylistyczny tego materiału był imponujący. Pięciu kumpli zeszło się na miesiąc aby wyciągnąć ze swojego regionu muzyczne perełki.

Minęło parę lat i Down nie jest już pobocznym projektem członków Corrosion of Conformity, Crowbar, Eyehategod i Pantery. Jest regularną formacją, która nagrywa płyty i jeździ w trasy. Corrosion Of Conformity wydalił Peppera Keenana ze swojego organizmu, działalność EHG to raptem jeden siedmiocalowy winyl na przestrzeni lat dziesięciu, a Crowbar po pięciu latach wydał genialną płytę, jakby ciut na przekór reszcie. Pantera - wiadomo, a o reszcie "projektów" Phila Anselmo szkoda nawet gadać. Skoro więc muzycy zyskali tyle wolnego czasu na swój priorytetowy zespół, trudno zrozumieć, dlaczego zdecydowali się na wydawanie takiej miernoty, jaką otrzymujemy na pierwszej z czterech epek.

"The Purple" (nazwa Epki jest umowna, Down nie podał jej tytułu) to sześć utworów, w tym jeden już znany, bowiem zaistniał jako odrzut z "Over The Under". Mowa o "Timeless" (tu zatytułowanym "This Work is Timeless"). Szczerze powiem - nie spodziewałem się, że ten kawałek zostanie ponownie wykorzystany, to dla mnie symboliczny gwóźdź do trumny recenzowanej płyty. Już kilka lat temu ta kompozycja była naprawdę tragiczna, a teraz nic nie zostało w niej zmienione, poza nieco lepszym brzmieniem. Ktoś, kto nie zauważy w "This Work is Timeless" totalnego chaosu, partii wokalnych śpiewanych jakby obok riffów i na przekór całej konstrukcji utworu - niech posłucha go jeszcze raz. Zastanawia mnie, dlaczego zespół, który naprawdę starał się wybić i wyjść z cienia poprzednich kapel jego założycieli, zadowala się takimi riffami? Gdzie jest "Power of the riff compels me", które krzyczał (zdaje się) Jimmy Bower na "Dwójce"?!

To, że Down wykonawczo raczej stacza się, niż wzbija na wyżyny, było wiadomo od dawna. Mógł to zauważyć każdy, kto choć na chwilę potrafił odseparować się od bycia typowym fan-boyem Phila Anselmo, czy Kirka Windsteina (a wszyscy wiemy, że nietrudno kimś takim zostać!). Głos Phila już nie ten, co lat temu naście, czy nawet cztery, kiedy  Down gościł na drugim koncercie w naszym kraju. Muzyka jednak nadal się broni, jak źle nie zostałaby odegrana. Poza tym trzeba sobie powiedzieć, że ten zespół jednak tworzą indywidualności, obok których ciężko przejść obojętnie. Nawet jeśli właśnie zamierzam zmieszać z błotem nową EPkę, to na koncerty Downa będę chodził, gdyż są one po prostu naturalne, wyluzowane i pełne dobrej muzyki. Oni nie starają się, nie kalkulują jak tu stworzyć dobre show, które będą powtarzać mechanicznie przez całą trasę. Dobre show u nich po prostu się dzieje. Liczę jednocześnie, że zrehabilitują się na kolejnym wydawnictwie, choć z matematyki zawsze miałem ledwo dwóję.

Płytę otwiera utwór "Levitation". Pierwszy riff nasuwa skojarzenia nie z Downem, do jakiego jesteśmy przyzwyczajeni, ale z Metallicą z okresu Death Magnetic (co się dzieje?!). Nawet brzmieniowo "Levitation" idzie w podobnym kierunku! Dopiero po minucie tłuczenia następuje przejście w monumentalny motyw, który wskazuje na to, iż pierwsza EPka miała być utrzymana w stylistyce doomowej (a przynajmniej nawiązującej do fundatorów tego gatunku). Z tym jest, jak się później przekonamy, kupa śmiechu, gdyż ani jeden kawałek nie jest na "The Purple" doomowy. Nic to. Ważniejsze, czy kompozycje są po prostu dobre, odpowiednio bujają i trzymają właściwy poziom. Niestety, nic z tego.

Drugi w kolejności "WItchtripper" znany jest już z Internetu, albowiem Down pokusił się o wcześniejsze ujawnienie go razem z "Misfortune Teller". Moim zdaniem to zdecydowanie najlepszy kawałek na tym wydawnictwie. Otwierający riff jest wystarczająco tłusty, żeby wprawić w pogo setki osób na koncertach. "Open Coffins" i następne na płycie "Curse Is a Lie" niesamowicie się ciągną… Można by powiedzieć, że to dlatego, iż są najdłuższe na epce (każdy trwa około sześciu minut), ale Down już grał długie utwory (pamiętamy podniosłe "Nothing in Return") i nie nudził. Tutaj jakoś bez pomysłu. Tych kompozycji nie da się niestety uratować, zaś pseudo-sabbathowy riff z "Curse is a Lie" jest tak toporny, że aż słów brak…

Ostatni, "Misfortune Teller" od początku mi nie leżał. Zespołowi chyba też, skoro na koncertach mylili się w tym prostym numerze. Rozciągnięty do 9 minut rozjeżdża się razem z ostatnim riffem i charakterystycznym pomrukiwaniem Phila Anselmo. Mógłbym jeszcze napisać o solówkach, które wcześniej były jakie były, ale elegancko dopełniały kompozycje. Teraz wszelkie zagrywki gitarowe, czy to unisono czy solo, brzmią jakby dołożono je na siłę i zagrano zupełnie na odwal się. Wiadomo, luz w bluesie (a nasi gitarzyści jednak siedzą najgłębiej w pentatonice) jest potrzebny, ale nie w dawkach olewczych. Za solóweczki odejmuję kolejny punkcik i zostaje ich 4! Miało być mniej, ale jestem świadomy tego, iż oceniam Down przez pryzmat jego wcześniejszych dokonań. "The Purple" wywołuje jedynie smutek, to jedno z największych rozczarowań kończącego się 2012 roku.  

Piotr Rutkowski