Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Muzyka / Recenzje / The Cost Of Love

The Cost Of Love - Suzanne & The Blues Church

The Cost Of Love

Wykonawca:

Suzanne & The Blues Church

Gatunek:

Blues

6 /10

Żeby poczuć duchową istotę bluesa, wcale nie trzeba się urodzić na polu bawełny. Wie o tym doskonale Suzanne Thomas, która, będąc porzucona z powodu wielorasowego pochodzenia, wychowywała się w sierocińcu w Seulu.

Los się na szczęście do niej uśmiechnął i Suzanne została zaadoptowana przez porządną, amerykańską rodzinę.

Suzanne Thomas od najmłodszych lat wykazywała zainteresowanie muzyką. Nauka gry na organach może i nie trwała u niej długo, ale fascynacja gitarą okazała się na tyle silna, że biało-czarne klawisze szybko zostały zamienione na Stratocastera. Do tego doszło zamiłowanie do soulowych wokali w kobiecym wydaniu: Bette Lavette, KoKo Taylor i Etta James. W końcu Suzanne zdecydowała się porzucić studia i zostać profesjonalnym muzykiem. Płyta "The Cost Of Love" jest debiutanckim dziełem jej projektu: Suzanne & The Blues Church.

"The Cost Of Love" to przykład typowego, elektrycznego bluesa, przechodzącego w blues-rocka. Z pewnym wyjątkiem w postaci utworu "Dusty 6 String Box", będącego hołdem dla tradycji akustycznego bluesa. Zdecydowana większość znajdujących się na płycie utworów jest autorstwa Suzanne Thomas. Z coverów warto wyróżnić słynny "Damn Right (I Got The Blues)" Buddy'ego Guya. Nie będzie większym zaskoczeniem, jeśli powiem, że covery bronią się lepiej, niż autorskie utwory. To akurat normalne, a większym zarzutem mogą się okazać przeciętne momentami partie wokalne. Głos Suzanne jest przyzwoity, choć wydaje się, że czasami za bardzo go przeciąża, w efekcie niektóre dźwięki nie brzmią naturalnie. Jeżeli chodzi o grę na gitarze, to jest ona w porządku, choć bez rewelacji.

"The Cost Of Love" jest albumem jednym z wielu tego typu. Słucha się go przyjemnie, ale bez nadmiernych zachwytów. Trudno polecić go miłośnikom takiego grania, bowiem oni na półkach mają już dziesiątki stylistycznie podobnych, często lepszych płyt. Prędzej początkującym bluesfanom - dla nich ten krążek byłby nie najgorszym wprowadzeniem w świat elektrycznego bluesa.

Kuba Chmiel