Kup Magazyn Gitarzysta

One Wing - The Chariot

One Wing

Wykonawca:

The Chariot

Gatunek:

Mathcore

9 /10

Album "One Wing" zadebiutował na 85 pozycji na liście Billboardu. Całkiem dobry wynik, jak na zespół grający niełatwą muzykę.

Trudno nawet jednoznacznie określić styl kwartetu z Georgii. Hardcore czy metal, math-core czy metalcore? Z jednej strony zawsze potrafili dołożyć do pieca, z drugiej nie unikali eksperymentów. Wydawać by się mogło, że zainteresowanie ze strony znaczącej wytwórni fonograficznej E1 sprawi, że zespół będzie chciał okiełznać swoje eksperymentalne zapędy, a stała się rzecz odwrotna. Na "One Wing" ekipa z Douglasville bardziej niż kiedykolwiek wcześniej popuściła wodze wyobraźni.

The Chariot został założony przez wokalistę Josha Scogina, który wcześniej wydzierał się w Norma Jean. W ten sposób Douglasville może poszczycić się nie jedną, ale dwoma świetnymi załogami. Muzycznie na wczesnych wydawnictwach oba bandy prezentowały się podobnie i oba jak na komendę rozpoczęły poszukiwania i rozwijały swój styl w innych kierunkach. Można powiedzieć, że poniekąd The Chariot przejęło pałeczkę od Spitfire, którzy również prezentowali bardziej odkrywcze oblicze metalcore'a.

Już poprzedni krążek "Long Live" udowodnił, że The Chariot jest całkowicie nieprzewidywalnym bandem. Wystarczyło posłuchać genialnego "David De La Hoz" (polecam świetne video do tego kawałka), który zaczyna się typową dla The Chariot mathcorową młócką, przechodzi w eksperymentalną partię na dwa zestawy perkusyjne, po której wchodzi doom/sludgowy riff wgniatający w ziemię, a kończy melancholijnym tematem na pianino, akordeon, harfę i cymbały. Wszystko w jednym kilkuminutowym numerze zaaranżowanym tak, że kolejne tematy płynnie się ze sobą łączą, naturalnie, bez artystowskiego zadęcia i oznajmiania światu "patrzcie jacy jesteśmy awangardowi".

"One Wing" trwa 30 minut i zawiera dziesięć kompozycji. Materiał został zarejestrowany w Atlancie z Mattem Goldmanem, który dobrze czuje tworzywo muzyczne The Chariot. I kolejny raz formacja brzmi znakomicie, racząc nas żywym, potężnym, zmetalizowanym soundem gitar i bębnów, bliskim brzmieniu live. Kontrolowany chaos, tak można w skrócie opisać to, co się dzieje na tej płycie. Energia buzująca w tej produkcji jest chwilami obezwładniająca.

Początek to typowy, dobry stary The Chariot. "Forget" oraz "Not" atakują połamanym rytmem, miażdżącymi riffami oraz rozdartym potężnym wokalem Scogina. "Your" jest miniaturą na schowane w tle pianino z wysuniętym damskim wokalem. "First" natomiast wprowadza w rejony zakręconego grania. Rozpoczyna się sludgowym riffem, by przejść w temat rodem z filmów o dzikim zachodzie. Z brzmieniem triumfującej trąbki wkraczamy na plan westernu. "Love" to następny charakterystycznie dziwny kawałek, rwane riffy, przestery, nerwowy rytm. Tak w pewnym sensie kończy się pierwsza część tego albumu.

Drugą otwiera fortepianowy "Speak", który kojarzyć się może z twórczością My Own Private Alaska. Kompozycja z melancholijnym tematem i wykrzykującym siebie Scoginem. Uwagę zwraca następnie "Tounges" po "In", z wyluzowanym riffem niepozbawionym jednak ciężaru dryfującym w eksperymentalne rejony. W drugiej części kawałka pojawia się zapętlony smutny temat na pianino oraz samplowane tło. Kolejnym znakomitym riffem atakuje "And". Wciąż zaskakuje z jaką łatwością zespół wymyśla chwytliwe gitarowe partie, w tej dwuipółminutowej kompozycji znalazły się aż trzy. Wreszcie przychodzi wieńczący "Cheek". Dominuje w nim zapętlona gitara pobrzmiewająca smutno w tle, klawiszowy podkład o wręcz apokaliptycznym klimacie z samplem przemowy z "Wielkiego Dyktatora" Charliego Chaplina, który w kulminacyjnym momencie urywa się ustępując potężnie brzmiącej gitarze i rykowi Scogina.

Muzyka The Chariot ma z założenia sprawiać, żeby słuchacz poczuł się tak, jakby właśnie otrzymał potężny cios w twarz, a mimo to chciał więcej. Ten cel udało się Amerykanom osiągnąć już dawno temu. Na swoim piątym długograju łączą pozornie nieprzystające do siebie tematy i wykorzystują instrumentarium odbiegającym od rockowych standardów. "One Wing" brzmi trochę jak sen na jawie schizofrenika, jednak bez wątpienia warto zanurzyć się w tym szaleństwie.

Sebastian Urbańczyk