Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Muzyka / Recenzje / British Lion

British Lion - Steve Harris

British Lion

Wykonawca:

Steve Harris

Gatunek:

Hard rock

6 /10

W konkurencji "najpóźniej wydany debiutancki solowy album" Steve Harris przebił samą Susan Boyle. Deal with it!

Nie zależy mi jakoś specjalnie na wypominaniu wieku liderowi Iron Maiden, bo Harris jest wciąż wyjątkowo żwawy, ale 56 lat? To brzmi wręcz dziwnie. Nie wiem, mógłby sobie jakąś grupę poboczną wymyślić czy coś…

Bo w rzeczywistości "British Lion" jest właśnie nagrany przez drugi zespół Steve'a. To solowy popis na pół gwizdka, gdyż wkład basisty w jego powstanie jest dokładnie taki sam, jak w proces powstawania płyt Ironów. Harris pisze znaczną część muzyki, wszystkie teksty, uczestniczy w produkcji (co zresztą słychać - bas został tu solidnie uwypuklony), szarpie za cztery struny i… to wszystko! Jasne, ktoś może powiedzieć, że to dużo, ale skoro mamy do czynienia z krążkiem solowym, to może by tak, nie wiem, zaśpiewać? Zagrać partie gitar? Przecież Steve to potrafi! Muzyk jednak postanowił pozostać przy swoim instrumencie - w porządku, szanuję jego decyzję, ale mnie osobiście się ona nie podoba.

Nie podoba mi się też to, że Harris wziął całą produkcję na siebie - czym kończą się takie zabawy, mieliśmy okazję przekonać się w latach 90., gdy Stefek produkował krążki nagrane bez Bruce'a Dickinsona. Po usłyszeniu "British Lion" Kevin Shirley, który odpowiada za brzmienie ostatnich albumów Iron Maiden, pewnie tarza się po podłodze ze śmiechu - strzelam, że lepiej zrobili by to Wasi koledzy, którzy spiratowali ProTools i bawią się nim w domu. Płytowy debiut Steve'a niemile, płasko i właściwie oprócz sekcji rytmicznej nic tu nie jest na miejscu.

Ostatnim zarzutem będzie dobór wokalisty - tak bardzo bezpłciowego śpiewaka, jak Richard Taylor, dawno nie słyszałem! W jego głosie nie ma krztyny charakteru, który wpasowywałby się do muzyki proponowanej przez Harrisa. Zawodzi jak słabowita staruszka, brak mu mocy, hard rockowych jaj, a już szczyty parodii osiąga, gdy próbuje skopiować zaśpiewy Dickinsona w "Lost Worlds" (chodzi mi o to charakterystyczne "oooo" z np. "Ghost Of The Navigator"). Fajnie śpiewa właściwie tylko w "The Chosen Ones", może dlatego, że to najlepszy - w mym mniemaniu numer na płycie.

Tych dobrych muzycznie kawałków jest na "British Lion" sporo - pod względem kompozycyjnym Steve naprawdę się postarał. Co najlepsze - w duchu Iron Maiden utrzymany jest tu tylko jeden utwór, "Us Against The World", reszta ciągnie w kierunku melodyjnego, hardrockowego grania. "This Is My God" wkręca się gęstym, mantrycznym basem i gitarą potraktowaną przez kaczkę (w ogóle gitarzyści często korzystają tu z owego urządzenia), blisko klasycznego, przedironowego metalu lokuje się rozbudowany, wielowątkowy "A World Without Heaven" (że też Taylor musi psuć tak dobry numer swoim śpiewem…). Zupełnym zaskoczeniem jest za to "The Lesson" - klawiszowa ballada z dodatkowym graniem na akustyku i dźwiękami orkiestry symfonicznej. Fani będą zaskoczeni, może nawet zbulwersowani słodyczą tego kawałka, ale mnie on się podoba - słychać, że Steve'owi ciągle chce się kombinować i próbować czego nowego.

"British Lion" mógł być zdecydowanie lepszą płytą, niestety - Harris popełnił kilka taktycznych błędów, które spowodowały, że jego pierwszy solowy album pozostanie jedynie ciekawostką, a nie w pełni wartościową płytą.

Jurek Gibadło