Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Muzyka / Recenzje / Effigies Of Evil

Effigies Of Evil - Hooded Menace

Effigies Of Evil

Wykonawca:

Hooded Menace

8 /10

Trzeci album Hooded Menace, i pierwszy wydany dla Relapse, potwierdza wysoką formę Finów, choć nie przynosi niczego zaskakującego.

Zespół wciąż robi to, czym od początku zwracał na siebie uwagę słuchaczy, spragnionych doom/deathmetalowych dźwięków najwyższej jakości. Na dwóch pierwszych albumach kapela w świetnym stylu udowodniła, że korzystając z dobrze znanych muzycznych patentów oraz konsekwentnie wzbogacając je trupią i horrorową otoczką, można jeszcze zaprezentować coś ciekawego w tej wyświechtanej w gruncie rzeczy stylistyce. Zresztą, w przypadku Hooded Menace narodowość wydaje się mieć całkiem istotne znaczenie, bowiem od samego początku ich swoistym znakiem firmowym jest doskonałe łączenie ciężkich i powolnych partii, głębokiego jak sto grobów growlingu, z czasem wręcz zaskakująco słodkimi melodiami.

Powszechnie wiadomo, że znakiem rozpoznawczym Finlandii są nie tylko wszędobylskie melodie, ale również poważne tradycje na polu doom i death metalu. Nota promocyjna wspomina o wpływach Autopsy, zgoda - w końcu Amerykanie wywarli duży wpływ na całą wczesną skandynawską scenę deathmetalową, ale równie dobrze można pozostać przy nazwach formacji z Krainy Tysiąca Jezior, które pierwsze przecierały szlaki w tym gatunku, jak Funebre, Demigod, Convulse czy Purtenance. A także, co zrozumiałe, Amorphis (np. "Summoned Into Euphoric Madness"). Nietrudno rzecz jasna usłyszeć tu także dźwięki do perfekcji dopracowane przez Szwedów, choćby Edge of Sanity, którzy swego czasu w sposób absolutnie mistrzowski wprowadzali melodyjną chwytliwość do klasycznego death metalu ("Vortex Macabre").

Jak wspomniałem, "Effigies of Evil" generalnie kontynuuje wypracowany wcześniej schemat, który raz jeszcze się sprawdza, choć kto dobrze zna wcześniejsze materiały Hooded Menace, tym razem może poczuć się trochę znużony. Finowie dorobili się bardzo charakterystycznego brzmienia, będącego ich wizytówką, nic zatem dziwnego, że najnowsza produkcja rozpoznawalna jest już od pierwszych sekund. Oczywiście, duża w tym zasługa Lasse Pyykkö i jego jedynego w swoim rodzaju głębokiego, bulgoczącego growlingu. Są też jednak różnice i, szczerze mówiąc, to właśnie one decydują o tym, że "Effigies of Evil", mimo wszystko, nie cieszy już tak bardzo jak dwa pierwsze krążki.

Po pierwsze sound, choć momentalnie rozpoznawalny, jest tym razem nieco czystszy i wygładzony. Hooded Menace nigdy wprawdzie nie brzmiał jak z piwnicy, brak mi tu jednak solidniejszej porcji brudu i ziemi prosto z dna grobu. Wyraźniej w uszy rzuca się za to położenie nieco większego nacisku na melodyjne partie. Szkoda, bo wolałbym jednak kierunek odwrotny, bardziej ekstremalny. Nie ma oczywiście mowy o wacie cukrowej i słodkich, idiotycznych melodyjkach dla mas. Kapela wciąż koncentruje się przede wszystkim na ciężarze i powolnym mieleniu, ale momentami, jak choćby w "Crumbling Insanity", trochę przesadza z tymi "przyjemnymi" patentami.

Wszystko to nie zmienia faktu, że "Effigies of Evil" jest krążkiem udanym, choć wyłącznie dla fanów śmierdzącego zgnilizną oldschoola. Sympatykom mód, nowinek i najnowszych muzycznych trendów nie ma niczego do zaoferowania. I całe szczęście.

Szymon Kubicki