Kup Magazyn Gitarzysta

#3 - The Script

#3

Wykonawca:

The Script

Gatunek:

Pop

4 /10

Tak brzmiałaby muzyka Justina Timberlake albo Traviego McCoya, gdyby chcieli sobie doczepić słówko "rock" do swego popowego wizerunku - to pierwsza myśl, która przeszła mi przez głowę po przesłuchaniu krążka "#3" grupy The Script.

Tak się składa, że do tej pory nie miałem z trio z Dublina przyjemności i jakoś mnie to nie dziwi - muzyka jest tak oryginalna, jak bycie hipsterem, wycelowana w listy przebojów, które, jak pokazują źródła, kapela szturmem zdobywa. Wiecie, pierwszej dziesiątki na Billboardzie (a konkretnie miejsca trzeciego za krążek "Science & Faith") nie osiąga się przez przypadek. Albo jest się wybitnie dobrym, albo ma się wybitnie dobrze skrojony materiał.

The Script to ten drugi przypadek, zespół, którego wytwórnia-majors wie, jak wypromować, jak wyprodukować krążek i jaki akord wcisnąć na klawiszu/gitarze, by słuchacz chciał to kupić. Spoko, każdy tworzy tak, jak chce, każdy zarabia tak, jak chce - nie mam zamiaru wdawać się tu w dyskusję o naiwności odbiorcy. Raczej mam ochotę zrugać tych, co to chcą podpiąć The Script pod alternatywny rock (tak, są tacy!) czy pop-rock (którego to gatunku istnienie ma taki sam sens, jak bycie "trochę-wegetarianinem"). Otóż oświadczam wszem i wobec: Irlandczycy z rockiem nie mają absolutnie nic wspólnego!

To pop silnie podszyty lekką elektroniką, uniesieniami w duchu R&B i hip-hopem. Tu wrzucą bita, tam dowalą orkiestrę, tu zaśpiewają jak aniołeczki, tam zarapują (albo nawet zaproszą Will.I.Ama, by zrobił to za nich) to pociągną wstęp na gitarze akustycznej, tam rozpoczną delikatnie przesterowanym elektrykiem. Służy to wszystko jednemu celowi: zrobić kolejny przebój, wrzucić parę oklepanych nut (gdy usłyszałem słynne cztery akordy w "Six Degrees of Separation" miałem ochotę pojechać do Dublina i osobiście spuścić oklep mało pomysłowym kolegom) i cieszyć się, jak kawałek wędruje wzwyż list, zgodnie z mamoniową zasadą: lubię tylko to, co znam.

Czasami The Script naprawdę chcą chwycić się tegoż stadionowego rocka, którego znają pewnie z płyt swoich rodaków z U2. Jednak od próby zostania drugimi Bono, Edgem i spółką w "Kaleidoscope" zdecydowanie wolę słodycz pomieszaną z hip-hopem w "Broken Arrow". W tamtym kawałku trójka muzyków niczego nie udaje i takie podejście do sprawy jest - moim zdaniem - najlepsze.

Drodzy wydawcy i muzycy, pozwolę sobie sparafrazować Kargula z "Nie ma mocnych": recenzent też człowiek, nie lubi, gdy się z niego wariata robi. Nie lubię, gdy mi ktoś pod przykrywką "rock" próbuje opchnąć coś, co rockiem nie jest. Ba, bez tego mydlenia oczu patrzyłbym na "#3" zdecydowanie bardziej przychylnie, ale skoro chcecie być oceniani w powyższej kategorii, to proszę bardzo.

Jurek Gibadło