Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Muzyka / Recenzje / The Key Part 1 & 2

The Key Part 1 & 2 - Strangers On A Train

The Key Part 1 & 2

Wykonawca:

Strangers On A Train

7 /10

Strangers On A Train to projekt muzyczny powołany do życia przez Clive Nolana na początku lat 90-tych. Uzupełnienie składu stanowili wokalistka Tracy Hitchings i Karl Groom grający na gitarach i basie.

Album "The Key Part 1: The Prophecy" wydany w 1990 roku miał być początkiem trylogii "The Key". W 1993 roku ukazała się druga część "The Key Part 2: The Labyrinth". Niestety, zabrakło czasu, pieniędzy, zapału, pomysłów, chęci (niepotrzebne skreślić) aby nagrać zamykający całość krążek (podobno miał nosić tytuł "The Legacy"). Clive Nolan w jednym z wywiadów mówił, że skomponował sporą część materiału ale nie zebrał wystarczających funduszy na dokończenie pracy i nagranie albumu. Może to właśnie finanse były głównym powodem, ale trzeba też uczciwie przyznać, że w latach '90 Nolan był niezwykle zapracowanym muzykiem. Nagrywał i koncertował z Pendragon, Areną, Casino i Shadowland, udzielał się jako tekściarz, kompozytor, klawiszowiec i producent wspierając Tracy Hitchings, Landmarq, Medicine Man i Ayreon. Wydał też wspólnie z Oliverem Wakemanem płytę "Jabberwocky". Gdyby  skrupulatnie podliczyć wszystkie projekty, okazałoby się, że nazwisko Nolana pojawiło się na kilkunastu płytach wydanych w latach '90. Pozostali muzycy ze składu Strangers On A Train też nie próżnowali. Nagrali m.in. swoje debiutanckie albumy: Karl Groom z Threshold "Wounded Land" (1993) a Tracy Hitchings "From Ignorance To Ecstasy" (1991). Teraz, w 2012 roku, dzięki wytwórni Metal Mind ukazuje się zremasterowane wznowienie obu albumów nagranych pod szyldem Strangers On A Train.

 

The Key Part 1: The Prophecy


Na program pierwszej części trylogii składa się 14 kompozycji, których autorem (zarówno słów jak i muzyki) jest Nolan. Dziwny to album. Nagrany bez udziału perkusji (strasznie "samotnie" brzmi gitara basowa), z dominującą rolą fortepianowych brzmień, dość oszczędnie zinstrumentalizowany. Kiedy go słucham mam wrażenie, że jest raczej zbiorem szkiców, brudnopisem albo zestawem pomysłów, które czekają na właściwe, pełniejsze rozwinięcie. Jako laik tak sobie właśnie wyobrażam proces twórczy kompozytora - najpierw powstaje zarys utworu stworzony przy klawiaturze (linia melodyczna, pomysły na pasaże i inne rozwiązania harmoniczne), a potem obudowywane jest on partiami pozostałych instrumentów, linii wokalu itp. No cóż, Nolan miał jednak właśnie taki pomysł na ten krążek. Osobiście żałuję, bo "The Prophecy" zawiera całkiem sporo ciekawych utworów, które zinstrumentalizowane w - powiedzmy - bardziej konwencjonalny sposób zyskałyby na atrakcyjności.

Wiem, że taka minimalistyczna instrumentacja nie jest niczym nowym. Nawet fakt, że zabrakło perkusji to również nic odkrywczego, ale  samotnie brzmiący bas, jako namiastka sekcji rytmicznej wywołuje u mnie niekorzystne wrażenie (najlepszym przykładem jest "Sacrifice"). Wśród 14 kawałków wypełniających krążek mamy zarówno utwory instrumentalne (m.in. "Crossing The Wasteland", "Losing A Hold On Life", "Duel") jak i te z wokalem. Najczęściej w tej roli występuje Tracy Hitchings, ale i sam Nolan też trochę podśpiewuje. Z kompozycji, jakie najbardziej przypadły mi do gustu warto wymienić "Sacrifice", "New World", "Lightshow", "Occam’s Tears" czy też "From The Outside In". Dość wyraźnie wyróżnia się "Silent Companion", który brzmi jak jakaś stareńka, może nawet i średniowieczna rzecz ("fujarkowe" i "klawesynowe" brzmienie instrumentów klawiszowych). Utwory są niezwykle liryczne, utrzymane w powolnym i spokojnym tempie. Niełatwo znaleźć jedno określenie na opisanie stylistyki tej płyty. Pojawiają się elementy rocka progresywnego ale i ambitnego popu czy muzyki klasycznej, dlatego używane czasem określenie "rock kameralny" pasuje tu najlepiej.

Jak wspomniałem wyżej, w nagraniach "The Prophecy" uczestniczyło zaledwie trzech muzyków. Clive Nolan odpowiada oczywiście za wszystkie partie instrumentów klawiszowych, a te w fortepianowych brzmieniach dominują. Świetnie wypada wokalistka Tracy Hitchings, dysponująca mocnym, czystym i uroczym głosem. Zachwyca piękną interpretacją i pełnym emocji śpiewem. Szkoda, że Karl Groom częściej sięga po bas niż gitarę elektryczną (w zasadzie tylko w instrumentalnym utworze "Duel" możemy podziwiać go w pełni w tej właśnie roli). Clive Nolan bardzo odważne, ale i w mocno (jak dla mnie, za mocno) kontrowersyjny sposób potraktował swoje całkiem udane pomysły kompozytorskie. "Ubrał" je w aranżacje, które odebrały im urok. Zawsze kiedy słucham "The Prophecy" nie mogę pozbyć się wrażenia, że można to było zrobić inaczej, lepiej. 6/10

 

The Key Part 2: The Labyrinth


"The Labyrinth" to druga, i jak na razie ostatnia, część niedokończonej trylogii "The Key" formacji Strangers On A Train. Oczywiście, natychmiast rodzą się porównania z częścią pierwszą. Sporo różni oba krążki. Po pierwsze, skład osobowy został rozszerzony i obok Clive Nolana, Tracy Hitchings i Karla Grooma, a więc muzyków zaangażowanych w poprzednią płytę mamy okazje posłuchać wokalisty zespołu Pallas Alana Reeda. Po drugie, pojawia się perkusja, a właściwie elektroniczny automat i w zaledwie kilku utworach, ale jednak to już coś. Po trzecie i najważniejsze, całość jest zinstrumentalizowana w zdecydowanie bogatszy sposób, z wykorzystaniem całej gamy brzmień instrumentów klawiszowych. Różni się nawet układ albumu, gdyż składa się na niego "zaledwie" pięć utworów, a trzy z nich, to długie wieloczęściowe kompozycje.

Pierwszą z suit, "Darkworld", otwierają monumentalne organowe akordy. Po chwili soczystą solówką dołącza gitara elektryczna i inne instrumenty klawiszowe. Jest poważnie, podniośle i nieco pompatycznie. Kiedy pojawia się automat perkusyjny całość nabiera jeszcze większej mocy i rozpędu. W części trzeciej suity zatytułowanej "Deliverance" zaśpiewał Alan Reed. Barwa jego głosu, sposób interpretacji oraz klimat wywołują całkiem silne skojarzenia z wczesnym Genesis, a duet Tracy i Alana wypada całkiem ciekawie. Trwający ponad 20 minut "Darkworld" niby podzielony jest na pięć części opatrzonych odrębnymi tytułami, ale nie ma pomiędzy nimi żadnych przerw, dlatego słucha się go jak jednej długiej i wielowątkowej suity. No i przyznać muszę, że słucha się bardzo przyjemnie. Znalazło się tu całe mnóstwo ciekawych pomysłów, zmian tempa i nastroju oraz świetne wokale, dzięki czemu całość naprawdę wciąga.

"Samotny" bas towarzyszący dźwiękom fortepianu w instrumentalnym "Hijrah" to coś, co już znamy z "The Key Part 1: The Prophecy". Kawałek jednak został ozdobiony smyczkowo brzmiącymi instrumentami klawiszowymi, a w najszybszych momentach rozpędza się niczym - nie przymierzając - "Taniec z Szablami" Chaczaturiana. Tytułowa suita podzielona została na trzy części. Rozpoczyna się od smyczków, ale zaraz potem beztroskie akordy zagrane na gitarze akustycznej przywołują klimaty Jethro Tull. Kolejne części "The Labyrinth" przynoszą zmiany klimatu, od ciężkich i mrocznych, aż po coś zbliżonego do kameralnej muzyki poważnej. "The Vision Clears" to dość jednorodna kompozycja utrzymana raczej w duchu neo-proga pięknie zaśpiewana przez Tracy, z miłą dla ucha solówką na gitarze elektrycznej. W końcu przez cały utwór słychać perkusję. Nolan niezwykle skromnie dawkuje brzmienie tego instrumentu i najzwyczajniej w świecie zatęskniłem za nim. Najdłuższa na albumie suita, pięknie zaśpiewana przez oboje wokalistów, "Endzone", trwa 23 i pół minuty. W porównaniu z dwiema poprzednimi jest bardzo spokojna, właściwie bez zmian tempa i nastroju. Opis ten burzy jedynie krótka i bardzo dynamiczna końcówka z porywającą gitarową solówka.

"The Labyrinth" jest zdecydowanie bardziej dopracowany i bogatszy brzmieniowo od pierwszej części trylogii. To piękna, neoprogresywna, a czasem art-rockowa muzyka z dużym dodatkiem znanych symfonicznych rozwiązań brzmieniowych. Jako miłośnik twórczości Clive Nolana cieszę się, że obie płyty trylogii "The Key" ukazały się ponownie na rynku. Mam wrażenie, że zostały już nieco zapomniane, a z pewnością warte są przypomnienia. Może to też stać się dla wielu słuchaczy impulsem do zainteresowania się tym, co robił i robi Nolan poza Pendragonem i Areną. Ja ze swojej strony polecam zwłaszcza debiut formacji Casino, oba krążki nagrane w duecie Oliverem Wakemanem oraz "She" wydaną pod szyldem Caamora. Ale to tylko mój wybór, bo dyskografia Nolana jest bardzo bogata i jest z czego wybierać. 8/10

Robert Trusiak