Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Muzyka / Recenzje / King Animal

King Animal - Soundgarden

King Animal

Wykonawca:

Soundgarden

Gatunek:

Hard rock

7 /10

Przy okazji premiery "King Animal" pewnie znów odżyje dyskusja na temat: czy legendy powinny się reaktywować? Soundgarden dostarczają argumentów zwolennikom powrotów.

Czy spodziewałem się takiego obrotu spraw? I tak, i nie. Chris Cornell niespodziewanym rozstaniem z rosnącym w rockową siłę Audioslave, a potem porażką artystyczną w postaci współpracy z Timbalandem na solowej płycie "Scream" udowodnił, że teoria o jego niezwykłej miłości do pieniążków jest prawdziwa. Stąd można było zaryzykować stwierdzenie, że powrót Soundgarden znów jest skokiem na kasę - tym razem w ramach mody na powroty. Z drugiej strony kapela ze Seattle wracała ostrożnie, nie pchała się od razu na afisz z nową płytą. Najpierw zagrała trasę, wydała kompilację "Telephantasm" najważniejszych piosenek z czasów od "Ultraomega OK" do "Down on the Upside", na której znalazł się premierowy utwór "Black Rain", z miejsca nominowany do Grammy jako najlepsze rockowe wykonanie.

W końcu dostajemy do ręki "King Animal" i musimy to sobie jasno powiedzieć - Cornell jest największym zwycięzcą tego krążka. To on skomponował większość materiału, udowadniając, że mimo popowych przygód jest nadal w stanie pisać gitarowe killery. No właśnie - nowy album Soundgarden to naprawdę apetyczne danie złożone z 13 części, w większości bardzo udanych piosenek, wśród których przynajmniej kilka zapisze się na stałe w historii najbardziej metalowego z przedstawicieli grunge'u.

"King Animal" jest potwierdzeniem tych ostatnich słów - daleko tu od brudu lat '90, mamy raczej do czynienia z hard rockowymi, czy nawet (jako się rzekło) metalowymi kawałkami, które mimo swej mocy, nie tracą na przebojowości. Odpalamy pierwszy numer na płycie, rozpędzony "Been Away Too Long" i od razu wiemy, że kwartetowi się chce, że jest między tymi facetami chemia. Słuchamy opartego na bluesowej skali "A Thousand Days Before", do którego Kim Thayil przygotował znakomitą, charakterystyczną zagrywkę i mamy pewność, że Soundgarden wiedzą, jak pisać chwytliwe numery. Przytulamy się do pięknego "Bones of Birds" i nie mamy wątpliwości, że Chris (bo to jego kompozycja) nadal potrafi napisać hardrockową balladę. Trafiamy wreszcie na "Halfway There" i otrzymujemy potwierdzenie, że Amerykanie potrafią grać na wyjątkowym luzie.

Jeśli mam się do czegoś przyczepić (no pewnie, że to zrobię!), to do ilości materiału - jest go, jak na dzisiejsze czasy - ciut za dużo. Wiem, że Soundgarden kazali nam czekać na nowe kompozycje 15 lat i chcą nadrobić stracony czas, ale kilka kawałków śmiało można byłoby odstrzelić (np. "Black Saturday" raczej mnie nie przekonuje). Poza tym hiciora na miarę "Black Hole Sun" czy "Jesus Christ Pose" tu nie uświadczymy. Jeśli czujecie, że to czepialstwo na siłę, to trochę macie rację ;).

Bo tak naprawdę obcujemy z naprawdę dobrą płytą, piosenkami, które dowodzą, że powrót Soundgarden nie był porażką, czy marketingowym skokiem po należną chwałę i pieniądze. "King Animal" to twór w pełni wartościowy, z którego za 15 lat ta czwórka będzie mogła być dumna.

Jurek Gibadło