Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Muzyka / Recenzje / Intrinsic

Intrinsic - The Contortionist

Intrinsic

Wykonawca:

The Contortionist

8 /10

Wydany dwa lata temu debiutancki album kwintetu z Indianapolis narobił sporo zamieszania na progresywnej scenie metalowej. Szczególną uwagę zwracały niemałe umiejętności muzyków.

Od pewnego czasu obserwujemy, w moim odczuciu pozytywną, modę na łączenie mocniejszych, niekiedy brutalnych partii z progresywnymi patentami. "Exoplanet" wpisywał się w tę formułę. Duch "Focus" Cynic jest często obecny na tego typu wydawnictwach. Ten charakterystyczny, kosmiczny, marzycielski klimat jest jeszcze bardziej wyraźny na najnowszej płycie The Contortionist. Lepiej by się jednak stało, gdyby tym razem zespół całkowicie porzucił death corowe/metalowe dźwięki na rzecz prog rocka/metalu.

Z muzykami jest trochę jak z piłkarzami. Tak jak w piłce, ważne są zdrowe nogi, ale i sprawna głowa, w muzyce liczą się sprawne ręce, ale nie mniej ważne są pomysły. Bez myślenia, bez pomysłów, szczytów się nie osiągnie. The Contortionist mają potencjał, ale jeszcze nie w pełni potrafią go wykorzystać. Moim zdaniem zabrakło spójnej wizji, jak właściwie chcą brzmieć. Na debiucie ciężkie deathcorowe partie płynnie mieszały się z  lżejszymi progresywnymi tematami. Stojąc poniekąd na rozstaju dróg Amerykanie tym razem postanowili podążyć progresywną ścieżką, jednak nie oddalając się od drugiej. A szkoda, gdyż właśnie w tych spokojniejszych fragmentach kapela prezentuje się najciekawiej. Na dodatek, deathcorowe wstawki są jakby oderwane od reszty materiału i wstawione na siłę.

Podczas odsłuchu krążka w myślach pojawiają się nazwy: Cynic, Dream Theater, Rush, OSI, Textures... Są to luźne skojarzenia, bo trzeba uczciwie przyznać, że The Contortionist starają się tworzyć oryginalną muzykę, mają ambicję nagrać coś unikalnego. Zauważalne są jednak braki aranżacyjne. 45 minut "Intrinsic" wypełnione jest bowiem masą pomysłów, ale niekiedy jedne giną w powodzi kolejnych. Mimo to, album jest interesujący i autentycznie wciąga.

Jak wspomniałem, najbardziej przykuwają uwagę spokojniejsze partie, gdzie muzycy bawią się rytmem, zdają na muzyczną wyobraźnię, wypuszczają na instrumentalne wycieczki. Słowem, najciekawiej jest, gdy stawiają na klimat i wprowadzają więcej przestrzeni w strukturę utworów. Niestety, ów klimat jest wręcz burzony przez pojawiające się ni stąd ni zowąd wspomniane brutalne fragmenty, które zupełnie niczego nie wnoszą. Słuchanie po raz kolejny post-Meshuggowych zagrywek nie jest szczególnie ekscytujące, zwłaszcza, gdy zagrane są tak sztampowo. Lepiej, gdy na przykład Joey Bacca gra jakiegoś łamańca na bębnach, wtóruje mu Christopher Tilley (tej płyty można słuchać dla samych partii basu), a klawisze (również brawa) tworzą ambientowe tło, w które wpisują się gitarzyści tworząc dźwiękowe plamy.

"Intrinsic" zawiera sporo naprawdę świetnych partii, muzycy tworzą ciekawe tematy i umiejętnie, z wyczuciem je ogrywają. Niebagatelną rolę pełnią klawisze, raz tworząc wspomniane ambientowe tła, innym razem wychodząc na pierwszy plan w intrygujących tematach i brzmieniach. Zespół posiada jeszcze jeden atut, a jest nim wokalista Jonathan Carpenter, dysponujący świetnym czystym głosem, wręcz idealnie komponującym się z tego typu graniem. Frontman potrafi ryknąć, ale wrażenie robią tak naprawdę czyste wokalizy.

Jak wspomniałem, uważam że na tym etapie The Contortionist mógłby odciąć się od brutalnego metalu (takich bandów są już dziesiątki) i postawić wszystko na jedną progresywną kartę. Formacja ma potencjał do stworzenia czegoś wyjątkowego, spójnego w klimacie i - jakkolwiek to nie zabrzmi - głębszego, muzycy muszą jedynie okiełznać to, co siedzi im w głowach i nadać temu konkretną formę. Było blisko, ale jeszcze nie tym razem. Tak czy inaczej, z zainteresowaniem czekam, co Amerykanie pokażą na trzecim długograju.

Sebastian Urbańczyk