Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Muzyka / Recenzje / Machine Fucking Head Live

Machine Fucking Head Live - Machine Head

Machine Fucking Head Live

Wykonawca:

Machine Head

8 /10

Dwupłytowe wydawnictwo uzupełniające dyskografię Machine Head, to drugi w karierze zapis audio koncertu grupy.

Rzecz o tyle fajna, bo zawierająca głównie materiał z dwóch ostatnich płyt, plus kilka wspominek z przeszłości. Jak mniemam, nie trzeba nikogo przekonywać co do jakości utworów z "The Blackening" i "Unto The Locust", zwłaszcza, że ten pierwszy krążek, przez wielu dziennikarzy (w tym niżej podpisanego) został uznany za album ostatniej dekady. Nawet jeśli nie podzielacie tej opinii, kompozycje takie jak "Halo" czy dedykowane Dimebagowi "Aesthethics of Hate" nie pozwalają na obojętność w stosunku do tej formacji.

Można za to nie zachwycać się "wyciem i miauczeniem" Flynna. Ten element, choć przeze mnie akurat bardzo lubiany, jest jednocześnie kością niezgody między fanami i kolejnymi obliczami Machine Head. Kto jeszcze nie przyzwyczaił się do śpiewu Flynna, niech da sobie spokój z tą koncertówką, bo niemłody już Rob robi to często, czasem nawet nadprogramowo. Miałem okazję widzieć Machine Head parę razy w ciągu ostatnich kilku lat, i jedyne, czego zawsze brakowało mi w tych gigach to większej ilości chórków, a nawet wokali samego Demmela. W przeciwieństwie do Duce’a, Demmel potrafi dość konkretnie ryknąć, co na tym wydawnictwie co jakiś czas słychać. Jednakowoż, gwiazdą jest i zawsze będzie bardzo wysunięty w miksie Flynn.  

A brzmieniowo? Wielu uczestników koncertów Machine Head bywa rozczarowanych. Taka ekipa, niemalże jedna z potęg współczesnego metalu powinna stawiać ten element na pierwszym miejscu, a jak się przeważnie okazuje, to co powinno być siłą thrash metalowców okazuje się być ich największą słabością. Całe szczęście, że nad gigami na całej trasie, w ramach której dokonano nagrań tego albumu, pieczę sprawowało kilku inżynierów dźwięku, bo osiągnięty rezultat (plus surowy miks i master w studio) jest co najmniej zadowalający i chyba oddaje istotę zespołu. Jest masywnie, ciężko, naturalnie, a przede wszystkim, wszystkie aspekty techniczne gry instrumentalistów Machine Head są odpowiednio uwypuklone (solówki!).

Czyli, wychodzi na to, że warto mieć ten album na półce? Jasne, że tak. Ale jeszcze lepiej mieć go w odtwarzaczu i z lekkimi wypiekami na twarzy wyczekiwać gigu w Polsce lub okolicy. Zima z Machine Head? Jak najbardziej.

Grzegorz "Chain" Pindor