Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Muzyka / Recenzje / Songs Of Love & Disaster

Songs Of Love & Disaster - Insige Again

Songs Of Love & Disaster

Wykonawca:

Insige Again

7 /10

Test psychologiczny: Wasza muzyka, którą zaprezentowaliście na debiutanckiej płycie ma w sobie nutkę oryginalności w postaci etnicznych wstawek, co wyróżnia Was spośród setek innych zespołów. Co robicie z tą przewagą na drugim krążku?

Na to pytanie proszę sobie odpowiedzieć samemu. Panowie z Inside Again postanowili się tego elementu pozbawić, czym - niekoniecznie pozytywnie - mnie zaskoczyli. Oczywiście, jak to zwykle w takich przypadkach, tłumaczą się przekorą, chęcią uniknięcia oskarżeń o powielanie. Właściwie byłbym w stanie ich zrozumieć, gdyby nie fakt, że kapela ma za sobą raptem jedną płytę i nie jest ogólnie znana w kraju nad Wisłą. Moim zdaniem, powinni uczynić z tychże etnicznych wstawek swój znak rozpoznawczy, eksperymentując na innym polu. Kończąc ten wątek - wybór szanuję, ale nie do końca akceptuję.

Insige Again postanowili pójść w nieco innym kierunku. Do składu doszedł klawiszowiec Paweł Potocki, który z elektroniką jest za pan brat - nagle w muzyce warszawian zaroiło się od depechowego klimatu i to nie tylko za sprawą tytułu płyty. Posłuchajcie bitu prowadzącego "Anything More Than This", piosenkę okraszoną lekko rzężącą gitarką i syntetyczną przestrzenią - to przywodzi na myśl dokonania Depeche Mode z czasów, powiedzmy, "Excitera". Z kolei najlepszy, moim skromnym zdaniem, kawałek na "Songs Of Love & Disaster" ma w sobie coś z melodyki "World In My Eyes" z "Violatora", tyle że podbity jest elektronicznym marszowym rytmem i ostrą gitarą a la Rammstein.

To wymieszanie elektroniki i drapieżnych dźwięków ściąga Inside Again z jednoznacznie alternatywno metalowej drogi w kierunku gotyku. Jestem pewien, że przy takim "Nowhere Land" świetnie bawiliby się uczestnicy Castle Party w Bolkowie. Ale kapela uderza też w kierunku… grunge'u! Rzućcie uchem na "Your Lies, Our Truth" - partia gitary i wokalny zaśpiew z początku piosenki toż to Alice In Chains w najczystszej postaci! Warto też jeszcze pochylić się nad otwieraczem - "Something More". Gdy usłyszałem pierwsze dźwięki, myślałem, że wioślarze zespołu wykoszą z "Whole Lotta Love" czy czymś podobnym. Na szczęście kapela ciągnie ten numer ku mroczniejszym terytoriom.

Bo mroczna jest to płyta. Mroczna i melancholijna. Z jednej strony wokalista Michał Deptuła stawia czoła nadchodzącemu końcowi świata, z drugiej śpiewa o potrzebie bliskości (w każdym tego słowa znaczeniu). Pociągające i interesujące to zestawienie.

Dlatego ogólnie oceniam "Songs Of Love & Disaster" jako album dobry. Co prawda, jak już mówiłem wcześniej, mnie osobiście rezygnacja z etno powiewu niemile zaskoczyła, ale dajmy chłopakom szansę. Odświeżeni Inside Again idą w dobrym kierunku.

Jurek Gibadło