Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Muzyka / Recenzje / Bootleggin' The Blues

Bootleggin' The Blues - Leo Hull

Bootleggin' The Blues

Wykonawca:

Leo Hull

Gatunek:

Blues

6 /10

Jego pierwszym muzycznym wzorem był ojciec grający scyzorykiem na gitarze techniką slide. Nie jest to może najlepsza notka biograficzna, jaką da się stworzyć na temat Leo Hulla, ale niewiele niestety wiadomo o początkach kariery tego muzyka.

Gdy znudziło mu się obserwowanie, jak ojciec wywija kozikiem po gitarze, opuścił on rodzimą Oklahomę i przeniósł się do Dallas. Tam przyodział skórzaną kurtkę, kowbojski kapelusz oraz kowbojskie buty i począł głosić swoją prawdę za pośrednictwem muzyki. Owocem tych działań jest najnowsza płyta "Bootleggin' The Blues".

Na początku wypadałoby wyjaśnić, że tytuł albumu Leo Hulla wcale nie odnosi się do zalewania się w trupa podczas grania bluesa. Pojawiające się słowo "butelka" oznacza specyficzną dla tej muzyki technikę grania z użyciem szyjki butelki lub innego szklanego lub metalowego narzędzia, którym przesuwa się po strunach celem uzyskania płaczliwego brzmienia instrumentu. W przeciwieństwie do swojego ojca, Leo Hull posługuje się czymś bardziej kulturalnym, niż scyzoryk, ale wbrew temu, co sugeruje tytuł płyty, korzysta z tego dosyć rzadko. Głównie pogrywa tradycyjną metodą teksańskiego bluesa, wymieszanego z country. Wspomaga go w tym przyzwoity zespół wzbogacony o sekcję dętą. Leader tej orkiestry jest poprawnym wokalistą i gitarzystą, czerpiącym sporo z dorobku bluesa charakterystycznego dla Teksasu. W jego grze słychać delikatne echa braci Vaughan, czy Alberta Kinga. Jako wokalista posługuje się specyficzną manierą, co nie wszystkim może odpowiadać.

Trzeba być zadeklarowanym fanem takiej stylistyki, by wyłowić płytę "Bootleggin' The Blues" z ławicy podobnych wydawnictw. Najnowszy album trzyma poziom i pewnie ojciec Leo Hulla byłby dumny, że jego syn osiągnął w muzyce znacznie więcej, niż skrobanie scyzorykiem po gitarze podczas imprez rodzinnych. Trafił do grona klasyków gatunku, może nie najwybitniejszych, ale z pewnością wartych posłuchania.

Kuba Chmiel