Kup Magazyn Gitarzysta

Alive - Decades Of Despair

Alive

Wykonawca:

Decades Of Despair

8 /10

Był taki czas, że poważnie zastanawiałem się nad przyszłością Francuzów z Decades of Despair.

Od wydania debiutanckiej EP, po kolejny - niech będzie - maxi singiel, zawierający dwa premierowe utwory, minęło wystarczająco dużo czasu aby o kapeli zapomnieć. Co prawda, ich facebookowa działalność na to nie pozwalała, za co szczerze, nieraz śmiejąc się do rozpuku, im dziękuję, bo okres oczekiwania na debiut, został w pełni wynagrodzony.

"Alive" to jedenaście utworów utrzymanych w stylistyce melodyjnego death metalu na mocnych, black metalowych podwalinach. Czerń w twórczości Francuzów nie jest novum, ale nie przypuszczałem, że panowie pokuszą się o to, aby pójść w tym kierunku. Pierwszy kontakt z tym albumem wywoła szok i niedowierzanie, ale z każdym kolejnym odsłuchem jest coraz lepiej, i stwierdzam, może trochę na wyrost, że to jeden z najlepszych metalowych albumów w minionym roku.

Panowie zrezygnowali z inspiracji The Black Dahlia Murder na rzecz własnych pomysłów, wykraczających poza dokonania tamtego zespołu, i nie mam tutaj na myśli tylko okazjonalnych czystych wokali. To cieszy i szybko uzależnia, bo w zalewie raczej niezbyt ciekawych kapel silących się na bycie retro, jak i metalcore’owej przeciętności, propozycja Decades of Despair jest jak zastrzyk świeżości na całej scenie. Jedyną konkurencję mogą stanowić ich krajanie z The Atlantis Chronicles, ale jeszcze trochę poczekamy nim to nastąpi.

Wracając do "Alive", to jeśli ktoś nie słyszał nigdy TBDM, ani nigdy nie skalał się odsłuchem choćby jednej black metalowej płyty, materiał zawarty na tym krążku, powinien jasno nakreślić jak grać brutalne przepełnione blastem, melodyjne i dość techniczne dźwięki, z zachowaniem swoistego brudu. Puryści i fani oldschoola wiele tu dla siebie nie znajdą, ale jeśli "łykną" cios w postaci "Ritual" lub znany z singla "Defeated Kingdom" przekonają się do reszty. A jest do czego, bo zarówno solówki, niesamowicie intensywna gra perkusisty, czy wokale Benny’ego Tordjmanna robią niemałe wrażenie. Tak jak fakt, że na wiośle w tym zespole gra Polak. Idealnie.

Grzegorz "Chain" Pindor