Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Muzyka / Recenzje / Don't Set Your Dogs On Me

Don't Set Your Dogs On Me - Coma

Don't Set Your Dogs On Me

Wykonawca:

Coma

Gatunek:

Rock

7 /10

Podbicia zachodu Comy próba druga. Czy nareszcie udana?

Łodzianie mają tak wysoką pozycję na polskim rynku muzyki rockowej, że aż samo prosi się o próbę zawojowania rynków zagranicznych. Tym bardziej, że Roguc i spółka - czy to się komuś podoba, czy nie - tworzą muzykę na tyle oryginalną (byłaby jeszcze bardziej, gdyby nie niezliczone klony), że nie ma mowy o wożeniu drzewa do lasu.

Pierwsze podejście Comy do międzynarodowej kariery, płyta "Excess" (2010), zawierająca angielskojęzyczne wersje utworów  "Hipertrofii" i dwa bonusowe kawałki, nie było udane. Owszem, krążek zebrał pochlebne opinie wśród recenzentów, ale wśród słuchaczy przepadł. Cóż, Mystic nie jest jeszcze na tyle bogatą firmą, z rozwiniętą siatką dystrybucyjną za granicą, żeby mógł pozwolić sobie na szeroką działalność marketingową. Tym razem piątka została wsparta przez nie byle kogo, bo niemiecką firmę EarMUSIC.

Co oferuje Coma zagranicznym słuchaczom i nam przy okazji (w sklepach od 8 lutego)? Album "Don't Set Your Dogs On Me" to cała "Czerwona Płyta" po angielsku plus numer "Song 4 Boys", którą widzowie mieli okazję poznać dzięki serialowi "Misja Afganistan". Zacznijmy od niej - to numer stylistycznie utrzymany w klimacie ostatnich dokonań zespołu. Mamy cieplejsze fragmenty, charakterystyczny "kręcony" riff przewodni i luźny, pozbawiony aktorskiego zadęcia śpiew Piotra Roguckiego - plus.

Przy tej okazji nachodzi mnie refleksja dotycząca ostatniego krążka. Wielu starych fanów uznało "Czerwoną" za płytę ze zbyt małą ilością Comy w Comie. A że to smutów nie było i egzystencjalnych problemów, z poszukiwaniem sensu na czele, a że muzyka nie była tak mroczna. Dla mnie, człowieka, który słucha łodzian od samego początku ich kariery i starzeje się wraz z nimi, to nowe wcielenie kapeli było idealnym. Piotrek zaczął pisać lżej, bardziej skupiać się na własnych doświadczeniach, niż filozofowaniu, a takie "Na Pół" - przez wielu znienawidzone - to dla mnie jego najlepszy liryk ever. Chciałbym kiedyś w tak znakomity sposób wyrazić miłość swojej Lubej, nie używając ani razu słowa "kocham".

I tu wracamy do angielskich wersji piosenek - w przeciwieństwie do "Excess" wcielenia kompozycji z "Don't Set Your Dogs On Me" (tytuł od tutejszej odsłony "Woda leży pod powierzchnią") nie są odwzorowaniem polskich tekstów. To albo luźne interpretacje, albo prawie w ogóle nie powiązane z oryginałami. To, co dla mnie stanowiło siłę "Czerwonej", tu wytraca swój rozpęd. Przecież elementem charakterystycznym stylu Comy są właśnie specyficzne teksty Roguckiego, bez nich te kawałki sporo tracą. Ja wiem, próba podbicia zachodu z polskimi lirykami do zadanie niemal nie do wykonania, ale skoro Zaz, Rammstein, Kvelertak czy Sigur Rós mogą śpiewać po swojemu, to dlaczego nie nasi rodacy?

Muzycznie właściwie nie zmieniło się nic, po kilku przesłuchaniach krążka jedyna różnica, którą usłyszałem (a może sobie wkręcam) to bardziej mięsiste brzmienie. Brak zmian to słuszna decyzja, bowiem "Czerwona Płyta" była wyprodukowana dobrze i nieprzesadzona aranżacyjnie. Czy takie dźwięki mogą spodobać publice poza granicami polski? Wydaje mi się, że tak. Coma to charyzmatyczny zespół, pewny siebie, zaprawiony w bojach, oryginalny i o jasno określonym brzmieniu. Chłopakom życzę sukcesu, który mogliby później spożytkować na przepchnięcie na Zachód polskich wersji swoich utworów - tylko one oddadzą w pełni ich charakter.

Jurek Gibadło