Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Muzyka / Recenzje / The Divinity Of Purpose

The Divinity Of Purpose - Hatebreed

The Divinity Of Purpose

Wykonawca:

Hatebreed

Gatunek:

Hardcore

8 /10

"All pit, no shit", tak nowe dzieło amerykańskich hardcorowców zapowiadał ich frontman Jamey Jasta. Słuchając "The Divinity Of Purpose" mogę jedynie potwierdzić te słowa.

Szósty krążek ekipy z Connecticut to powrót do tego, co najlepsze w twórczości tej formacji.

W 1997 roku na swoim debiucie "Satisfaction Is the Death of Desire" Jasta i spółka zaproponowali bardziej brutalne i cięższe brzmienie osadzone na hardcorowym fundamencie. Niewątpliwie wyróżniali się na hardcorowej scenie. Jeśli dodać do tego lekką rękę do komponowania chwytliwych numerów, łatwo pojąć komercyjny sukces, jaki w końcu stał się ich udziałem. Nie bez znaczenia były też proste i uniwersalne liryki, z którymi wielu mogło się utożsamiać. "Empty Promises", "Last Breath" czy "Before Dishonor" z miejsca stały się ponadczasowymi hitami. Jednak punktem zwrotnym w ich karierze nie był debiut, a wydany pięć lat później "Perseverance". Wszystko od tamtego momentu potoczyło się w zawrotnym tempie i dziś Hatebreed to jeden z najbardziej rozpoznawalnych hardcorowych zespołów na świecie.

Być może muzycy mieli świadomość, że ich ostatnia produkcja była potknięciem, gdyż "The Divinity Of Purpose" to creme de la creme stylu wypracowanego na wcześniejszych płytach. Jasta chyba wszystkie swoje fascynacje zrealizował z Kirkiem Windsteinem w Kingdom Of Sorrow czy na solowym krążku. Cztery lata po wydaniu nieszczęsnego "Hatebreed" zespół powraca, i to w imponujący sposób.

"Sometimes standing for what you believe, means standing alone".

Jak już wspomniałem, "The Divinity Of Purpose" to kwintesencja Hatebreed. Jest ciężko, dynamicznie, energetycznie, intensywnie, przebojowo i wściekle. Od początku do końca trwa bezlitosny atak. Nie ma żadnego kokietowania słuchacza zbędnym intro. Przez nieco ponad trzydzieści minut kapela rozdaje ciosy na lewo i prawo. Miażdżące, zmetalizowane brzmienie ponownie jest zasługą sprawdzonego w boju Chrisa "Zeussa" Harrisa. Soczysta produkcja jest w tym przypadku nie do przecenienia. Każdy instrument uderza z odpowiednią mocą, kiedy trzeba buczący bas wychodzi na pierwszy plan, to znowu werbel kruszy kości precyzyjnie odmierzanym bitem, albo gitary dobijają porywającymi riffami i ciężarem.

"The devil you thought you never knew is now the one that knows you the best".

Promujący szóste dzieło Amerykanów "Put It To The Torch" wydaje się jedynie przystawką do głównego dania. Krótki, intensywny zagrany w szaleńczym tempie numer, który zdradza starą fascynację Slayerem trwającą nieprzerwanie od chyba najlepszego w ich dyskografii "The Rise Of Brutality". Od tej chwili trwa gonitwa dźwięków, znakomitych riffów składających się na zapadające w pamięć tematy. Energia tego krążka powala i ponownie, jak w przypadku wcześniejszych dokonań grupy, hit goni hit. Ciężko wyróżnić jakiś kawałek, bo wszystkie mają coś, co sprawia, ze chce się do nich wracać.

Czteroletnia przerwa wydawnicza dobrze podziałała na załogę, bo sypie dobrymi riffami jak z kapelusza. Nie znaczy to, że nie mam swoich faworytów, a są nimi utwór tytułowy ze wstępem w postaci pulsującego basu, który przechodzi w zagrany niespiesznie miażdżący riff oraz następujący po nim "Nothing Scars Me" o znakomitej dynamice ozdobiony świetną solową basową wstawką gdzieś w środku. Zespół trzyma rękę na pulsie, Slayer pozostaje główną metalową inspiracją, ale jest też sporo charakterystycznych zagrywek zasłyszanych u młodszego hardcorowego pokolenia w stylu genialnej ekipy Trapped Under Ice. W swoich poszukiwaniach muzycy sięgają nawet do połowy lat dziewięćdziesiątych (np. solówka w refrenie "Honor Never Dies").  

"The stories written in our eyes, I'd rather suffer for the truth than prosper from a lie".

Hatebreed nowym albumem potwierdza, że wciąż jest w czołówce zmetalizowanego hardcore, a łatwość w tworzeniu chwytliwych numerów, stawia ich w jednym rzędzie z Trapped Under Ice, Born From Pain, Death Before Dishonor czy Bitter End. "The Divinity Of Purpose" stanowi powtórkę z rozrywki, jest jak dobrze znany i lubiany serial, którego kolejny sezon śledzimy. I choć znamy dobrze bohaterów, przewidujemy jak będzie rozwijać się akcja, wciąż nie możemy oderwać oczu od ekranu. I tak, kolejny raz wciskam play i zaczyna się "Put It To The Torch"...

Sebastian Urbańczyk