Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Muzyka / Recenzje / Green Vapour

Green Vapour - Lord of The Grave

Green Vapour

Wykonawca:

Lord of The Grave

Gatunek:

Doom metal

5 /10

Ostatnimi czasy zespołów grających stoner-doom pojawiło się na pęczki. Wystarczy spojrzeć na naszą rodzimą scenę, gdzie kapele wcześniej grające rock and rollowy stoner, przekształciły się w stoner-doomowe.

Gdzie leży przyczyna tego zjawiska? W koncercie Electric Wizard we Wrocławiu? W sukcesie Belzebong? Do przemyślenia. Tyle zresztą jeśli chodzi o Polskę, gdyż w Europie ten gatunek nadal zwany jest niszowym. Niech tak zostanie - i tak zaobserwować można przepych w ilości słabych bandów, niczym parę lat temu na post-metalowym podwórku.

Wydawcą "Green Vapour" jest Church Within, niejako gwarant jakości, jeśli chodzi o tego typu klimaty. Lord of The Grave powstał zaś w Szwajcarii, a założony został między innymi przez - nomen omen - Roba Grave'a (teraz nazwę formacji można tłumaczyć dwutorowo). Chłopaki bujali się przez kilka lat, aż z koncertami dotarli do Niemiec, gdzie zauważył ich Ollie i namówił do podpisania cyrografu ze swoją wytwórnią.

Muzyka, z którą mamy do czynienia to post-sabbathowy, szeroko pojęty doom. Czasem wlecze się niczym tłusty mężczyzna na ulicy, próbując świdrować mózg za pomocą riffu; czasem zaś ściana sfuzzowanego dźwięku ustępuje lekkim prześwitom tzw. 'klimatów'. Uświadczymy także kilku psychodelicznych rozwiązań, jak w końcu pierwszego utworu, gdzie spogłosowany, dobiegający jakby z kosmosu wokal przeplata się z równie przestrzennymi gitarami.

Rozpoczynamy kompozycją o dźwięcznym i wiele mówiącym tytule - "Raping Zombies". Charakterystyczny riff otwiera album, kroczy dumnie, spowalnia pracę serca słuchającego do momentu wejścia wokalu. Przyznaję bez bicia, że już traciłem nadzieję, czy dam radę dosłuchać do końca "Green Vapour", gdyby w zespole nie było wokalisty. Niemniej jest i ma się całkiem w porządku. Czasem postraszy nas niczym Tom Warrior, wtórując do reszty orkiestry grającej jak Celtic Frost na ostatnim albumie ("Green Vapour"), czasem wtopi się w tło, gdyż nie oszukujmy się - w tej muzyce nie chodzi o umiejętności, solówki czy podbijanie jednego instrumentu kosztem drugiego - tu chodzi o odpowiedni klimat.

Czasem Lord of The Grave przyspiesza, jak w "Horsepuncher". Pamiętajmy jednak, że mamy do czynienia z kapelą doomową, więc nie ma tu mowy o jakimś wyraźnie zaznaczającym się podbiciu tempa. Posuwisty riff musi być najistotniejszą częścią kompozycji, czemu też z resztą nie należy się dziwić. Mam jednak wrażenie, że te wszystkie bandy parające się doom rockiem czy doom metalem za bardzo czczą właśnie ów riff. Każdy z nich jest grany z taką celebracją, jakby miał zmieniać świat, a przynajmniej oblicze muzyki, w najgorszym zaś przypadku - powodować łzy szczęścia u zjaranych fanów pod sceną. Przytłaczanie słuchacza monotonią tylko w imię hasła ‘Satan worship riff’, czy czegoś podobnego, wydaje mi się niczym więcej jak - kolokwialnie mówiąc - męczeniem buły. Myślę, że takie nastawienie gubi chęć prawdziwego poszukiwania podszytego oryginalnością w obrębie gatunku i tak, koniec końców, właśnie brzmi nowy album Lord of The Grave.

Piotr Rutkowski