Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Muzyka / Recenzje / Pestilence, War, Famine and Death

Pestilence, War, Famine and Death - Scylla

Pestilence, War, Famine and Death

Wykonawca:

Scylla

Gatunek:

Metalcore

8 /10

"Cudze chwalicie, swego nie znacie". Tak można podsumować debiut szczecińskiego Scylla. "Pestilence, War, Famine and Death" śmiało można postawić na półce obok ostatniego Becoming The Archetype.

Dalej na tej samej półce może znaleźć się Whitechapel, Emmure czy A Job For A Cowboy. Wstydu nie będzie. Gdyby muzycy tworzący ten zespół pochodzili z USA, Kanady czy Wielkiej Brytanii mieliby w swych rękach dobry kontrakt a tak...

Niełatwą muzyczną drogę obrała Scylla, zwłaszcza w naszym kraju, gdzie zapotrzebowanie na podobne granie nie jest największe. Mimo to, ekipa ze Szczecina nie jest bez szans na stworzenie własnej bazy fanów, tak jak miało to miejsce w przypadku Frontside. Profesjonalizm i nieprzeciętny materiał mogą przynieść sukces porównywalny do tego, który stał się udziałem sosnowieckiego bandu. Wydaje się, że takie podejście jest dużo lepsze niż promowanie swojej muzyki poprzez talent shows. Scylla odrzuca drogę na skróty. Artyści zakasali rękawy i w ciągu roku od założenia grupy przygotowali pełnowymiarowy debiut, który nagrali we własnym studio, co więcej, nie czekając na propozycje wydali go również własnym sumptem i rozpoczęli promocję.

Często mówi się o niektórych polskich płytach, że brzmią "zachodnio". W moim odczuciu muzyka dzieli się na dobrą lub złą, bo bycie polskim wykonawcą nie powinno stanowić wymówki dla kiepskiej produkcji. Przykładem Blindead, Behemoth, Frontside, Vader i wielu innych. A jednak ciężko przejść bez słowa obok brzmienia "Pestilence...". Jest wyborne, ciężkie, kruszące kości, takie jakie powinno być w przypadku takiego grania. Produkcja krążka pozwala wychwycić wszystkie niuanse. Z jednej strony zwarty, miażdżący sound sprawdza się w licznych brutalnych partiach, z drugiej znalazło się tu dużo przestrzeni, która uwypukla bardziej progresywne momenty.

Twórczość Scylla jest trudna do jednoznacznego zaklasyfikowania. Muzycy płynnie operują na styku metalcore'a i deathcore'a, dodając do tego szczyptę słowiańskiej deathmetalowej nuty przeplatanej progresywnymi partiami. A wszystko podlane elektroniką. Numery są rozbudowane, zaawansowane technicznie, choć nie do przesady, technika nie jest dominującym elementem. Wciąż najważniejszy wydaje się klimat i feeling, mamy do czynienia z żywym graniem, a nie pozbawionym emocji perfekcjonizmem. Scylla zdaje też egzamin z aranżacji, w przypadku tak intensywnej produkcji i bogactwa dźwięków łatwo stracić kontrolę nad kompozycjami, jednak w przypadku "Pestilence..." nic takiego się nie dzieje.

Największą zaletą krążka wydaje się nieprzewidywalność. Każdy numer to osobną opowieść, nigdy nie wiadomo dokąd zaprowadzi nas wyobraźnia muzyków. Bardzo odważnie formacja poczyna sobie z elektroniką, która miejscami przypomina tę znaną z płyt amerykańskich ciężarowców z Emmure, a innym razem dubstepowe zagrywki rodem z albumów Enter Shikari. Jednak te partie mają swój charakter. Świetnie wpisują się w apokaliptyczny klimat kreowany przez zespół. Przykładem jest choćby jeden z moich ulubionych utworów, "Reaching The End", w końcówce którego - w towarzystwie ultraciężkich gitar - pojawia się niemal dubstepowy temat. Idealne i niespodziewane zakończenie tego znakomitego numeru. "Pestilence..." to jednak nie tylko ciężar i apokalipsa, panowie zgrabnie wprowadzają trochę oddechu w swoje kompozycje, gdzieś pojawiają sie progresywne wycieczki, zabawy rytmem, pomysłowe gitarowe sola grane na większej przestrzeni. Drobne niuanse wzbogacają kawałki i brzmienie materiału. To samo dotyczy wokali, choć dominuje death metalowy growl, pojawiają się również screamy i mówione partie, ponownie kojarzące się z Emmure.

Scylli udało się nagrać zajmujący krążek na, wydawać by się mogło, mocno przeoranej scenie metalcore/deathcore. Mieszając gatunki przyrządzili dość oryginalny wywar i, co najważniejsze - świeży, mimo że złożony z dobrze znanych składników. Szczecińska ekipa wygrywa przede wszystkim niemałą wyobraźnią muzyczną. Dawno już nie słyszałem tylu dobrze upakowanych pomysłów w tym gatunku. Nie sądzę, żeby formacja pozostała dłużej bez wsparcia jakiejś stajni, polskiej czy zagranicznej. Jest na to zbyt dobra.

Sebastian Urbańczyk