Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Muzyka / Recenzje / Rotten Village Sessions

Rotten Village Sessions - Palm Desert

Rotten Village Sessions

Wykonawca:

Palm Desert

Gatunek:

Stoner

7 /10

Palm Desert wciąż hołduje przyjętej postawie: "gramy stonera, jak Pan Kyuss przykazał", czego dowodzi kolejna płyta, wydana pod szyldem tej wrocławskiej ekipy.

Podobno "Rotten Village Sessions" nie jest regularnym albumem, ale rejestracją sesji nagraniowej z 2011 roku (tak faktycznie stoi w booklecie ładnego digipacka, w który opakowano recenzowany materiał), czyli zapisem - cytując facebookową stronę kapeli - "jamów, luźnych pomysłów". Trochę za bardzo przypomina mi to luzacką koncepcję Desert Sessions (niemal pasuje, w końcu obydwa te słowa znalazły się na okładce), wymyśloną przez Wielkiego Guru Josha Homme'a, którego podobizna z pewnością znajduje się na domowych, przydymionych kadzidełkami, ołtarzykach chłopaków z zespołu. Niech im będzie, nie będę się z tego powodu czepiał, choć szczerze mówiąc zaprezentowane kompozycje (może prócz zamykającego całość "White Wolf") wcale nie mają szczególnie jamowej konstrukcji - to po prostu zwyczajne, dobrze ograne kawałki. Co więcej, brzmienie tego 'nieregularnego' "Rotten Village Sessions" podoba mi się bardziej niż wcześniejszego, pełnoprawnego krążka "Falls of The Wastelands". Gałeczkami ponownie kręcił Jacek Maciołek i raz jeszcze nadmierna klarowność soundu nie była jego głównym celem. Tak jednak musi być, w końcu to stoner, palmy, 45 stopni w cieniu i (tak, wiem, że to do bólu oklepane) piasek.

"Rotten Village Sessions"
rozpoczyna się tak, jak trzeba, czyli wedle najlepszych stonerowych wzorców. Wcale nie przeszkadza, że zagrany energicznie i z przytupem "Down The Odyssey" to właściwie kalka kyussowych patentów. Bas bulgocze jak z wyschniętej studni, a oczyma (dobrze rozwiniętej) wyobraźni niemal widzimy, jak bębny okłada sam Brant Bjork. Siłą rozpędu formacja wtacza się jeszcze w kolejny, również nieco szybszy "Till The Sun Goes Down", z dobrym i wpadającym w ucho refrenem oraz główną linią melodyczną, ładnie zamknięty w nieco ponad 3,5 minutach. Dalej powtarza się jednak casus "Falls of The Wastelands". Zespół gra bardzo przyzwoicie, momentami nawet chwytliwie, ale za cholerę nic z tego nie zostaje w głowie. Im dalej w pustynię, tym bardziej rozprasza się uwaga zmęczonego upałem i dręczonego pragnieniem słuchacza. Ciekawiej dzieje się, gdy ekipa przyspiesza, ale wolniejsze tempa mają tendencję zamulającą. O ile poszczególne kompozycje rozpatrywane osobno bronią się nieźle, czasem nawet bardzo dobrze, tak całość wypada już gorzej.

Wierzę jednak, że Palm Desert - choć już teraz trudno znaleźć w Polsce lepszy od nich, czysto stonerowy band - wciąż czeka na swój najlepszy strzał. Nie tylko dlatego, że mowa o materiale sprzed niemal dwóch lat i dziś zespół może być w innym, lepszym miejscu. Potencjału na pewno nie można wrocławianom odmówić. Instrumentaliści bardzo dobrze czują gatunkowe klimaty i, co ważne, dysponują wsparciem elegancko radzącego sobie wokalisty. Wszystkie elementy układanki są w jednym miejscu, teraz czas je tylko odpowiednio poukładać, czego szczerze desertom życzę.

Szymon Kubicki