Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Muzyka / Recenzje / Push The Sky Away

Push The Sky Away - Nick Cave & The Bad Seeds

Push The Sky Away

Wykonawca:

Nick Cave & The Bad Seeds

8 /10

Blisko pięć lat czekałem na nowy krążek Nicka Cave'a i jego The Bad Seeds, ale do rąk zamiast czterdziestu minut przyjemności, dostaję dziewięć problemów pod postacią piosenek.

Ostatnie lata w twórczości Cave'a to przewaga myślenia penisem nad odczuwaniem sercem - Australijczyk przechodził męskie klimakterium, końcowe stadium wieku średniego przypieczętowane nabyciem "piątki z przodu". Efekty? Najbardziej rockowe wcielenie Nicka od czasów The Birthday Party, czyli Grinderman, gdzie artysta niejako zapomina o swoich latach, buzuje w nim testosteron, rozpiera go gitarowa energia, Cave zamienia się w wulkan, boga zgrzytliwego riffu i bluesa Made In 21st Century. Nick Cave & The Bad Seeds - prawdopodobnie najbardziej rozhukane w swojej historii, najbogatsze aranżacyjnie, wieńczące ten okres wspaniałym "Dig, Lazarus, Dig!!!". Wreszcie "Śmierć Bunny'ego Munro", ociekająca seksem, spermą, alkoholem, pachnąca papierosami i "cipką Avril Lavigne" powieść z finałem sugerującym, że hulaszcze życie wokalisty dobiega końca.

Inne znaki: porzucenie z dnia na dzień (w wersji oficjalnej, w rzeczywistości pewnie był to długo obmyślany krok) Grindermana i koncentracja na nowym materiale The Bad Seeds. Po raz pierwszy tworzonym bez Micka Harveya, który postanowił odejść z zespołu w 2009 roku. I wreszcie - po dwójkowych przygodach z Warrenem Ellisem, z którym Nick pracował nad kilkoma soundtrackami, które w skompilowanej wersji mogliśmy posłuchać na krążku "White Lunar". Wszystkie te ścieżki prowadzą nas do muzycznej ziemi obiecanej - "Push The Sky Away".

To płyta, która wprawia w zakłopotanie. Przedstawia nam Cave'a jako człowieka wyciszonego, znów dopuszczającego do głosu serce i rozum. Zupełnie innego, niż ten, do którego przywykliśmy, którego moje pokolenie poznawało najpierw dzięki tyleż genialnemu, co pstremu duetowi z Kylie Minogue, zachwycało się takimi płytami, jak "Nocturama" czy "Abattoir Blues/The Lyre of Orpheus" i chłonęło kolejne wynalazki. To The Bad Seeds minimalistyczni do bólu, zarówno jeśli chodzi o melodie, jak i ich aranżacje. Oszczędni w podawaniu dźwięku, mroczni, zdecydowani nie zabawowi. Pogrzeb to czy wyższy poziom świadomości?

Przede wszystkim "Push The Sky Away", piętnasta płyta tej formacji, to materiał, o którym się dyskutuje i dyskutować będzie, udowadniający, że muzyka jeszcze może rozpalać słuchaczy w inny sposób, niż poprzez nagi zad świecący w teledysku. To również album, którego taki szczyl, jak ja, nie powinien oceniać. Przepełniony wypaloną miłością, fascynacją dziewczętami dużo młodszymi (ale nie cielesną!), wreszcie - znamionujący świadomość upływającego artyście czasu. Gdzież człowiek w wieku lat dwudziestukilku może znać takie uczucia?

Mogę jedynie snuć przypuszczenia - a te podpowiadają mi, że zaproponowana przez duet Cave-Ellis (bo w praktyce to oni przygotowali te piosenki) warstwa muzyczna pięknie uzupełnia się z treścią oralnie przekazywaną przez wokalistę. A oparta jest ona na oszczędnych partiach Martyna Caseya, delikatnie dudniącego swym basem ("We Real Cool"!), oraz na dźwiękowych plamach a to syntezatorów/pianina/Rhodesa, fletu czy gitar i niskich wokalach głównego bohatera, wspieranego przez chórki kolegów z kapeli oraz zaproszone wokalistki. Raz ta mieszanka łechta nerwowym ciepłem "Wide Lovely Eyes", gdzie indziej czaruje przepiękną aranżacją i partią smyków ("Jubilee Street"), by w końcu zabić gotyckim wręcz mrokiem ("Push The Sky Away").

Czy obcowanie z tym krążkiem daje mi satysfakcję? Daje. Dokładnie taką, jak gryzienie wargi - niby sprawiającą ból, ale przy okazji napełniającą jaką irracjonalną satysfakcją. Na "Push The Sky Away" podnieca mnie rozgryzanie każdej z partii, próba odczytania, co też wieszcz Cave chciał mi przekazać poprzez ten album. A że wolałbym usłyszeć coś w stylu "Dig, Lazarus, Digg!!!"? Cóż, to Nick stoi po tej lepszej, kompozytorskiej stronie piosenek i to on decyduje, w jakich dźwiękach będzie się taplał jego fan przy okazji oczekiwania na kolejną płytę.

Jurek Gibadło