Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Muzyka / Recenzje / Holy Fire

Holy Fire - Foals

Holy Fire

Wykonawca:

Foals

Gatunek:

Indie rock

8 /10

Brytyjscy indie rockowcy wracają z trzecim długograjem; na następcę znakomitego "Total Life Forever" przyszło nam czekać trzy lata.

Foals udało się wypracować charakterystyczny styl. Słuchając ich płyt przez głowę przewijały się nazwy Bloc Party, Battles, The Cure, Talking Heads czy Kings Of Convenience, a jednak ciężko zarzucić muzykom z Oxfordu naśladownictwo. Echa wymienionych pobrzmiewają zarówno na "Antidotes", jak i "TLF", ale to tylko wskazówka. Czerpiąc inspirację z powyższych, Foals stworzyli grunt, na którym stanęła ich własna muzyczna konstrukcja, a którą rozwinęli na wspomnianym "Total Life Forever". A już specyficzny klimat kreowany przez kwintet jest nie do podrobienia. "Holy Fire" stanowi kontynuację obranej przez nich drogi.

Zapowiadając "Holy Fire" panowie oznajmili, że "to bagnista muzyka, mająca w sobie wiele groove'u". W kontekście muzyki określenie "bagnisty" w moim umyśle zarezerwowane jest dla Crowbar, EHG czy Alabamy Thunderpussy, dlatego nie będę się odnosił, czy to określenie faktycznie pasuje do "Holy Fire". Groove natomiast jest tu wszechobecny.

Przedpremierowo album reprezentowały "Inhaler" oraz "My Number". Z pewnością są to dwa najbardziej wyraziste numery na "Holy Fire". Znakomicie nadają się do emisji radiowej, jednak nie ma mowy o typowych radiowych zapychaczach. Zarówno bujający "Inhaler" z końcówką rodem z płyt Rage Against The Machine czy funkujący, przebojowy "My Number" to pełnowartościowe dania. W kontekście utworów radio friendly daleko im do mizerii, jaką serwuje na ostatnich krążkach np. Coldplay. Kawałki te wychodzą niejako przed szereg, gdyż reszta materiału jest bardziej stonowana, spokojniejsza, jakby czas na zabawę skończył się wraz z ostatnią nutą "My Number" (na krążku umieszczony tuż za "Inhaler"). Trzeba również zaznaczyć, że na swój sposób muzyka zawarta na tym wydawnictwie jest generalnie bardzo przebojowa, ale to też żadna nowość.

Kolejną charakterystyczną cechą "Holy Fire" jest swoisty eklektyzm. Numery, choć raczej jednolite w klimacie, różnią się między sobą wedle zasady 'dla każdego coś miłego'. Przy jednych można ruszyć w tany, przy innych oddać refleksji. Na przykład "Bad Habit", typowy Foals, plumkająca gitara, specyficzne klawisze i perkusja, ożywienie w nieco rozmarzonym refrenie, jakbyśmy słuchali karaibskiej odmiany indie. Spowite melancholią "Everytime". Podszyty miękką elektroniką "Late Night", który znakomicie rozwija się w dalszej części, kiedy wchodzi pulsujący bas i jednostajnie bijąca perkusja. Całość podlana klawiszowym brzmieniem, aż do dramatycznej kulminacji przechodzącej w gitarowe rockowe solo. Znakomity numer. Są zabawy rytmiczne w porywającym, wybitnie koncertowym "Providence". Wreszcie przychodzi czas na klimatyczny, melancholijny "Stepson" oraz wieńczący album "Moon". Philippakis śpiewa "I see trouble, it's up ahead" i wraz z rozwijającym się niespiesznym tematem na myśl przychodzi ostatnia scena z "Fight Club", w której para bohaterów ze spokojem obserwuje z dachu wieżowca kolejne walące się budynki. Tak kończy się "Holy Fire", zgodnie z zamysłem muzyków, cichą katastrofą.

Jak wspomniałem, Foals nie zawodzą i wciąż raczą słuchaczy dobrymi kompozycjami. Nie jest to tak dobry krążek, jak choćby "Total Life Forever", choć zbliżony muzycznie nie dorównuje poprzednikowi. Być może kolejna produkcja przyniesie bardziej wyraziste zmiany, póki co Anglicy poruszają się po dobrze znanym terytorium. Z wyczuciem, to im trzeba przyznać, jednak chciałoby się, żeby podjęli ryzyko i poszli dalej. Można "Holy Fire" potraktować jako podsumowanie dotychczasowej twórczości Foals. I wypada ono bardzo dobrze.

Sebastian Urbańczyk