Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Muzyka / Recenzje / Necrocosmos

Necrocosmos - Gallileous

Necrocosmos

Wykonawca:

Gallileous

Gatunek:

Doom metal

7 /10

Pięć lat musieli czekać fani Gallileous, i szerzej doomu znad Wisły, na drugi album wodzisławskiej załogi.

W tak zwanym międzyczasie pojawiła się wprawdzie bardzo dobra Epka "Equideus" oraz split "Unveiling the Signs", co nie zmienia jednak faktu, że zespół wciąż tworzy bardzo powoli. Wydawnicza częstotliwość w postaci dwóch pełnometrażowych krążków na przestrzeni dwudziestu lat działalności, zdecydowanie nie jest imponująca, ale z drugiej strony najważniejsza jest jakość, a co do niej trudno było mieć zastrzeżenia. Wreszcie jednak, nakładem czeskiej Epidemic Records, światło dzienne ujrzał "Necrocosmos", nawiązujący - tu posłużę się notką promocyjną, by wprowadzić do tej recenzji choć jedno inteligentnie brzmiące zdanie - ’do idei kosmologicznych, opisujących nasz świat w formie Sekretnej Geometrii, opartej w dużym stopniu na antymaterii’. Oczywiście, Gallileous nigdy nie śpiewał o cyckach, piwie i szatanie, ale po takiej zapowiedzi momentalnie zaczynamy odczuwać ciężar (i to dosłowny) gatunkowy nowego materiału kapeli.

Do rzeczy - "Necrocosmos" przynosi wyraźne zmiany w twórczości Gallileous. Pewnym nadużyciem jest wprawdzie stwierdzenie, że (ponownie podeprę się notką) płyta jest ’swoistym eksperymentem w podejściu do muzyki doom metalowej’, bo nie jest, ale rzeczywiście to krążek inny niż wcześniejsze. Czy to dobrze? Mam mieszane odczucia. Brzmieniowy trzon albumu, kształtowany przez podstawowe dla Wodzisławian instrumenty - klawisze i gitary (właśnie w tej kolejności) to najwyraźniejszy łącznik z "Equideus". Nic dziwnego, w końcu za klawisze ponownie odpowiada niejaki Boogie, a gitarowe partie Stony są bardzo charakterystyczne. Instrumenty te zdecydowanie dominują, odsyłając niestety perkusję do kąta i kreując nieco oniryczny klimat. Wrażenie to jest pogłębione tym bardziej, że zespół całkowicie zrezygnował z growlingu i jakichkolwiek mocniejszych partii wokalnych. Za mikrofonem nastąpiła radykalna zmiana warty, Mirek odpuścił growlowanie i skupił się tylko na bębnach, a szeregi Gallileous opuścił wraz ze swymi 'torture screamami' wokalista Wino. Nie ukrywam, że brak mi obydwu, tym bardziej, że zarówno Stona, jak i główny wokalista, Zgred, znany z Iblis, nie do końca mnie przekonują.

Kapela odcięła się więc od funeralowych korzeni i postawiła na spokojniejszą, jakby rozmytą atmosferę. Kawałki płyną niespiesznie, trochę sennie i w sumie nie byłoby w tym niczego złego, gdyby nie przypominało to tak bardzo ostatnich dokonań Pantheist. Pantheist na genialnym "Journey Through Lands Unknown" odważnie zapędził się tak daleko w nowe rejony, że, może nieco wystraszony, na kolejnej i póki co ostatniej płycie "Pantheist" powrócił w bardziej tradycyjne doomowe klimaty, oparte na jedynych w swoim rodzaju partiach klawiszy, charakterystycznym czystym wokalu i specyficznej atmosferze. Właśnie te elementy odnajduję na "Necrocosmos", a podobieństwa nowego oblicza Gallileous do ekipy Kostasa Panagiotou są bardzo wyraźne.

Tym sposobem formacja straciła trochę ze swego charakteru, trzeba jednak przyznać, że "Necrocosmos", pomijając nieco zbyt przymuloną produkcję, dość skutecznie się broni. Gallileous ma wprawdzie ułatwione zadanie, bowiem konkurencja, która brałaby na warsztat podobne dźwięki, w naszym kraju po prostu nie istnieje, ale nie tylko w tym rzecz. Album nie nudzi, tworzy interesujący klimat, kawałki są dopracowane i z każdym kolejnym przesłuchaniem odsłaniają coś nowego. To solidna robota, choć niewiele wnosząca do gatunku jako takiego.

Szymon Kubicki