Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Muzyka / Recenzje / Power & Volume

Power & Volume - Free Fall

Power & Volume

Wykonawca:

Free Fall

Gatunek:

Hard rock

6 /10

Drodzy Panowie z Free Fall: jak będę miał ochotę posłuchać AC/DC, to ściągnę z półki ich płytę, a nie waszą.

Mili Państwo, słusznie narzekamy na brak rock'n'rolla w mediach, słusznie marzy nam się powrót do lat 70., kiedy to muzyka gitarowa niepodzielnie rządziła na całym świecie i słusznie chcemy, by "ta dzisiejsza młodzież" w równym stopniu interesowała się sześcioma strunami, co laptopem z programami do obróbki muzyki (tym też niech się interesuje - elektronika jest w porządku). Byłoby jednak miło, by współcześni nam muzycy raczyli zaproponować coś nowego, odświeżającego.

Szwedzi z Free Fall poszli po najmniejszej linii oporu. Stwierdzili: skoro tylu naszym rodakom udało się przebić grając starego rocka, to nam także. Jeśli na świecie obowiązuje hajp na kopię AC/DC, co się zowie Airbourne, to ludzie łykną i kolejną. Odpowiadam: inne kapele ze Szwecji, by wspomnieć choćby Graveyard, mają w sobie dużo więcej oryginalności niż wy, nie ograniczają się tylko do sprawdzonych patentów. A Airbourne? Tego fenomenu też nie do końca rozumiem, choć w sumie gdy ktoś w zespole wyłazi na rusztowanie sceny (Michał Wiśniewski swego czasu też to robił…), to musi to budzić podziw i przyciągać uwagę.

Nie wiem na co wychodzą podczas koncertów panowie z Free Fall, za to w moich oczach wyszli na kserokopiarki. Zespołowi nie brakuje energii, pewności siebie i umiejętności. Wyobrażam sobie, że lud zgromadzony na koncercie będzie z radością skakał i trzepał włosami przy "Top Of The World" czy tytułowym "Power & Volume", strzelam, że spodoba się rozbudowany "Midnight Vulture" czy nieco "Kashmirowaty" "Attilla". Dlaczego? Bo ta muzyka brzmi naprawdę dobrze, jest prowadzona przez dziarsko stukoczącą sekcję, sprawne riffy, klasowe solówki gitarowe, a na dodatek zespół może się poszczycić swoim własnym Bonem Scottem za mikrofonem w postaci Kima Franssona.

Sęk w tym, pisałem o tym tu już nie raz, że debiutancka płyta Free Fall nie przynosi kompletnie nic nowego. Angus i Malcolm Young grali już tak 40 lat temu, podobnie sekcja Rudd-Williams. I o ile Kangurom wolno się powtarzać, to w końcu ich muza i mogą z nią robić co chcą, o tyle podszywanie się pod oryginał jest doprawdy słabe.

Słuchając "Power & Volume" odnoszę smutne wrażenie, że hard rock jednak się kończy. Skoro zespoły uznawane za "świeże i odkrywcze" tak perfidnie grzeją kotleta, to gdzie jest ratunek dla tej muzyki? Jeżeli najciekawszym (a przy okazji największym) wydarzeniem zeszłego roku była koncertowa płyta Led Zeppelin - jak to świadczy o młodych przedstawicielach gatunku? Nie mam zbyt dobrych przeczuć, ale mam nadzieję, że się mylę…

Jurek Gibadło