Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Muzyka / Recenzje / An Acoustic Evening at the Vienna Opera House

An Acoustic Evening at the Vienna Opera House - Joe Bonamassa

An Acoustic Evening at the Vienna Opera House

Wykonawca:

Joe Bonamassa

Gatunek:

Rock

10 /10

"An Acoustic Evening at the Vienna Opera House" dokumentuje wyjątkową, złożoną z ledwie siedmiu europejskich koncertów, akustyczną trasę Joe Bonamassy z przełomu czerwca i lipca 2012 roku.

W ramach tej trasy, Bonamassa wystąpił również w Polsce, natomiast dwa dni wcześniej, 3 lipca zagrał koncert w gmachu Wiedeńskiej Opery Państwowej, który został zarejestrowany na potrzeby tego wydawnictwa. Bonamassa wydaje kolejne płyty w szaleńczym tempie, dotyczy to także koncertówek - nie dalej jak w ubiegłym roku fani dostali do rąk “Beacon Theatre - Live From New York". Akustyczna trasa to jednak w portfolio gitarzysty rzecz zupełnie nowa i, szczerze mówiąc, zdziwiłbym się, gdyby Amerykanin nie uwiecznił jej na srebrnym krążku. Promocyjne zestawy, które do mnie trafiły, to dwa ascetyczne digipacki. Pierwszy z dwiema płytami CD, drugi - z dwoma DVD. Jak promocja to promocja, na opakowaniu, poza setlistą i nazwiskami wykonawców (jednak już bez podania przypisanych im instrumentów) zabrakło jakichkolwiek dodatkowych informacji, za to pod plastikowymi tray'ami digipacków umieszczono... daty aktualnej europejskiej trasy artysty. Ciekawy pomysł.

Joe Bonamassa to sceniczny zwierzak. Podejrzewam, że potwierdziłby to każdy, kto choć raz widział go na żywo. Niesamowita charyzma, energia i techniczne umiejętności predestynują go do roli gwiazdy, nic więc dziwnego, że Amerykanin nie ma najmniejszych problemów z wyprzedawaniem kolejnych gigów na trasie (na końcówkę marca zaplanowano trzy koncerty w Londynie, każdy w innej sali - m.in. Hammersmith Apollo i Royal Albert Hall, i każdy został wyprzedany). Sukces nie podoba się wielu krytykom muzyka, ale Bonamassa, który cieszy się autentycznym uwielbieniem ze strony swych wyznawców, nic sobie z tego nie robi i bardzo dobrze odnajduje się w świetle reflektorów, jako absolutnie pierwszoplanowa postać swojego zespołu.

Na tle tych faktów, "An Acoustic Evening at the Vienna Opera House" jest wydawnictwem wyjątkowym. Nie tylko z tego względu, że to zapis koncertu całkowicie akustycznego, ale przede wszystkim przez to, że Bonamassa całkiem świadomie oddał tu pola towarzyszącym mu znakomitym muzykom, w wielu momentach sprowadzając własną rolę do poziomu akompaniatora. Owszem, usadowiony pośrodku sceny, otoczony wianuszkiem pięknych gitar, które zmienia niemal co piosenkę, Joe przyciąga najwięcej uwagi, ale rola jego współtowarzyszy w kreowaniu spektaklu jest równie ważna, a często nawet ważniejsza. Koncerty unplugged, oparte na gitarowych brzmieniach, często nieubłaganie ocierają się o granie "harcersko-ogniskowe" i po pewnym czasie nużą jednowymiarowością przekazu. Bonamassie, dzięki zaproszonym gościom, skutecznie udało się tego uniknąć. Choć wszyscy muzycy spotkali się po raz pierwszy zaledwie dwa dni przed otwierającym trasę koncertem na Montreux Jazz Fest, cały zespół błyszczał w Wiedniu jednakowo, a przy tym imponował zgraniem, co przełożyło się na pasjonujące widowisko.

Choć Bonamassę, zwłaszcza w wydaniu koncertowym, trudno uznać za artystę czysto bluesowego, jego akustyczne wcielenie jeszcze bardziej odchodzi od tej stylistyki. Przede wszystkim, na pierwszy plan wysuwa się folkowy koloryt wielu nowych aranżacji. To zasługa Irlandczyka Gerry'ego O’Connora, który przy pomocy mandoliny, skrzypiec i wspaniale brzmiącego irlandzkiego banjo zabrał słuchaczy w podróż na Zieloną Wyspę. Dzielnie sekundował mu Szwed Mats Wester, grający na mandolinie oraz nyckelharpie (harfie klawiszowej), czyli tradycyjnym szwedzkim instrumencie smyczkowym.  Bohaterowie (jednak tylko w teorii) drugiego planu to legendarny, pochodzący z Puerto Rico perkusjonista Lenny Castro oraz Amerykanin Arlan Schierbaum, odpowiedzialny tu za akordeon, fisharmonię, czelestę oraz "general pandemonium" - jak przedstawił go na koniec koncertu Bonamassa. Castro zaprezentował całą gamę perkusjonaliów i przeszkadzajek, w tym także plastikową butelkę z piaskiem i tarę, a Schierbaumowi za instrument posłużył nawet... łańcuch umiejętnie przerzucany z jednej dłoni do drugiej.

Wszystkie dwadzieścia jeden kawałków, które znalazły się na "An Acoustic Evening at the Vienna Opera House" imponuje poziomem wykonawczym oraz rewelacyjnie skonstruowanymi aranżacjami, które sprawiają, że o nudzie ani przez chwilę na ma mowy. Znakomite są "Jelly Roll", z pojedynkiem banjo-gitara, a także motoryczny, startujący ociężale niczym lokomotywa i majestatyczny "Slow Train" oraz, jakżeby inaczej, zawsze poruszający "Sloe Gin". Trudno opisać, co dzieje się w "Athens to Athens", oryginalnie nieco ponad dwuminutowej miniaturce, która tu jest trwającym niemal trzy razy dłużej majstersztykiem, gdzie solowe popisy prezentują O’Connor, Wester i Schierbaum, oraz na przykład w "Jockey Full Of Bourbon", rozpoczynającym się w niemal kabaretowym stylu lat '30, a później zyskującym coraz więcej latynoskich fluidów. Świetny, zagrany slidem na gitarze dobro (brzmiący lepiej niż w wersji studyjnej) "From The Valley" poprzedza dla odmiany, bardziej niż na płycie ascetyczny, hit "The Ballad Of John Henry", a zagrana na djembe solówka Castro w "Dislocated Boy" nieuchronnie przywołuje afrykański klimat. A to wszystko to tylko ułamek atrakcji "An Acoustic Evening at the Vienna Opera House", na którym do głosu dochodzą jeszcze patenty bardziej osadzone w bluesie i country. To po prostu fenomenalny konglomerat dźwięków, zaczerpniętych z odrębnych kultur, który z całą mocą dowodzi, że muzyka rzeczywiście jest uniwersalnym językiem.

Dla porządku wspomnę jeszcze, że druga płyta DVD zawiera dokument o akustycznej trasie oraz film z wypowiedziami wszystkich zaangażowanych w projekt muzyków oraz producenta i spiritus movens całego przedsięwzięcia, Kevina Shirleya. Chwilę po obejrzeniu na jednym wdechu "An Acoustic Evening at the Vienna Opera House", miałem ochotę natychmiast ponownie odpalić to DVD, a dźwiękowy zapis koncertu na CD towarzyszy mi codziennie. Rewelacja.

Szymon Kubicki