Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Muzyka / Recenzje / King Of Conflict

King Of Conflict - The Virginmarys

King Of Conflict

Wykonawca:

The Virginmarys

Gatunek:

Rock

6 /10

The Virginmarys mają rozczworzenie jaźni i sami nie wiedzą, jakim zespołem chcą być.

Trójka Anglików gra ze sobą od sześciu lat, dorobiła się w tym czasie aż czterech epek, ale z dużym albumem panowie mieli problem, a ów wynikał z braku przynależności gatunkowej. Tak wiem, przypinanie łatek jest głupie, niemniej gdy zespół sam chce się podczepić pod jeden, a konkretnie cztery nurty, nie sposób go oceniać inaczej jak poprzez owe deklaracje.

I cóż nam owe mówią? Że to zespół grający garage rock. Błąd - brzmią za ładnie, zbyt czysto, za mało w nich bezczelności. Hard rock - też nie do końca, nie mają w sobie aż tyle mocy, która uprawniałaby to takiego klasyfikowania. Alternative rock - nie i jeszcze raz nie, za dużo tu odniesień do głównego nurtu starego rocka wyrosłego na bluesie. No to może blues rock? Kręcę głową, bluesa tu za mało. Olewam więc wszelkie deklaracje The Virginmarys i nazywam ich po prostu zespołem ROCKOWYM. Problem z głowy.

Warto przestać patrzeć na płytę "King Of Conflict" z perspektywy gatunkowych przynależności - lepiej skoncentrować się na faktach. Zacznijmy od niezbyt znacznego, ale jednak wartego uwagi: piosenka "Just A Ride" była najczęściej ściąganym poprzez iTunes singlem w pierwszym tygodniu lutego. Co prawda nie odbyła się wtedy żadna znacząca premiera płytowa, ale i tak szacunek dla zespołu. Czym przekonali do siebie pobierających? Energią, niezłym riffem, ale i odpowiednio gładkim brzmieniem. Może to jeszcze nie "radio-friendly", ale - jako się rzekło - także i nie garaż.

The Virginmarys starają się pogodzić te dwa światy - nośności singlowej, która w roku 2013 raczej nie jest kojarzona z muzyką gitarową, z rock'n'rollową szczerością. Używają do tego mocnych południowych riffów, ale brzmiących "po angielsku", kapela gra je nie tak gorąco, jak uczyniliby to Amerykanie. Ot, choćby w kawałku "Lost Weekend" bawią się w proroków southern rocka po tej stronie Oceanu. W pas kłaniają się bluesowi (choć raczej temu białemu) w "My Little Girl" i "Ends Don't Mend", w "Dressed to Kill" chcą być bardzo indie.

W konsekwencji tych miszmaszów otrzymujemy całkiem przyzwoity album, ale bez tożsamości. Mam wrażenie, że ten materiał trochę się rozjeżdża, jest chłodny nie tylko angielskim deszczem, ale i niezdecydowaniem. Pojedynczo piosenki bardzo cieszą. Jako całość - już niekoniecznie

Jurek Gibadło