Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Muzyka / Recenzje / Fluch Der Zeit

Fluch Der Zeit - Eisenherz

Fluch Der Zeit

Wykonawca:

Eisenherz

5 /10

Rammstein + wczesne Within Temptation = Eisenherz. I kto powiedział, że matematyka jest trudna?

Cóż to sobie wydumali muzycy Eisenherz? Ano wzięli motorykę i brud Rammsteina (wokalista Heinz nawet nie udaje, że Till Lindemann jest jego wielką inspiracją) i połączyli to z patosem pierwszych nagrań Within Temptation (gotyckie pianie w stylu płyty "Enter" czy epki "The Dance" się kłania) - tyleż to intrygujące, co nudne. Bo raz, że WT jest dziś w zupełnie innym miejscu, a dwa - jak to mawia mój boss (a ja się z nim zgadzam, przy okazji narażając się rzeszy fanów) - Rammstain jest dobrym żartem, kiedy opowiada się go tylko raz. Kolejne wcielenie wybuczanego i wyszwargotanego mroku zwyczajnie mnie nie jara, a i domniemywam, że was też nie zagrzeje.

Dobra, sprawdźmy, co też kryje się na drugiej płycie niemieckiego składu, "Fluch Der Zeit". Gdybym miał powiedzieć cokolwiek na ten temat po dwóch przesłuchaniach, odpowiedziałbym: nie wiem. Tu nic nie zostaje w głowie, żadna melodia ani riff i bynajmniej nie można zrzucić całej winy na fakt, że nie znam mowy Goethego. Owszem, przyporządkuję tę produkcję do gothic metalu, zapamiętam mruczano-growlowane partie Heinza i pojawiające się tu i ówdzie zaśpiewy Yvonne, przypomnę sobie dźwięki orkiestry symfonicznej i… tyle. Nie ma tu kawałka, który wybiłby się ponad przeciętność, do którego chciałbym wracać, którego chciałbym podlinkować na Facebooku z komentarzem: "Państwo sobie sprawdzą". Nuda, panie, nuda.

Eisenherz nie są oczywiście kapelą dramatycznie słabą, technicznie i brzmieniowo nie można im nic zarzucić. Gdy dobieram się n-ty raz do "Fluch Der Zeit" i z długopisem w ręce notuję, co w poszczególnych utworach piszczy, odkrywam dość ciekawe, baśniowo-filmowe intro "Eisenherz", nieco mocniej, ale i śpiewniej wyryczane "Du Liebst Mich Nicht", niezłą solówkę w "Du Bist So Kalt" i przebojowy refren "Die Seele Brennt". Ale wszystko to upchnięte jest w jeden wzór tu ściszymy, tam podgłośnimy, tu ryczy pan, tam dośpiewuje pani), z którego kapela nie potrafi się wyrwać.

Ten krążek jest jednak nudny i kwadratowy, wlecze się przez 50 minut - i nie ma się wrażenia, że to czas dobrze wykorzystany. Nie wiem, może fani gatunku polecą na to opium, ja jednak grzecznie dziękuję, więcej Eisenherz słuchać nie będę.

Jurek Gibadło