Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Muzyka / Recenzje / Dr. Dupree's Love Shop

Dr. Dupree's Love Shop - Stevie Dupree & The Delta Flyers

Dr. Dupree's Love Shop

Wykonawca:

Stevie Dupree & The Delta Flyers

Gatunek:

Blues

7 /10

Zespół The Delta Flyers powstał w 2007 roku jako duet akustyczny grający bluesa z Delty. W takiej konfiguracji osobowej wystąpił kilka razy w konkursie International Blues Challenge.

W międzyczasie duet rozrósł się do kwartetu. Liderowi Stevie Dupree ukrywającemu się pod pseudonimem Dr. Dupree aktualnie towarzyszą Travis Stephenson na gitarze, Quentin "Q" Calva na basie i perkusista Steve Bundrick. Pomimo niezbyt długiego stażu scenicznego formacji, najnowszy album jest już czwartym w ich dorobku. Znam dwa poprzednie krążki zespołu, które zresztą bardzo mi się spodobały, dlatego z dużą radością i nadzieją sięgnąłem po "Dr. Dupree's Love Shop".

Program płyty to dwanaście kompozycji autorstwa Stevie Dupree (czasem korzystającego z pomocy innych). Utwory są zwarte, krótkie i treściwe, trwające 3-4 minuty bez przydługich solówek i innej "gry na czas". Co najważniejsze, są to bardzo przyzwoite kawałki prezentujące bluesa w różnych odcieniach. Główną wadą poprzedniego "Sixteen Bars", oczywiście w moim odczuciu, był jego zbyt duży rozrzut stylistyczny. Nie pasowały mi do całości zwłaszcza utwory wyraźnie nawiązujące do country. Tym razem, przynajmniej pod tym względem, nie mam się do czego przyczepić. Ale po kolei.

Album otwiera dynamiczne shuffle "Broke Up", ozdobione ognistą solówką na slidzie w wykonaniu jednego z zaproszonych gości czyli Dereka O’Briena. Zaraz potem przenosimy się do Nowego Orleanu za sprawą "First Dance" z Marcią Ball (kolejny gość) na fortepianie i sekcją dęciaków. W funkującej kompozycji tytułowej Dr. Dupree wokalnie wsparły dwa urocze żeńskie głosy: Alice Stewart i Lisa Tingle. "St. Paul’s Bottom" to boogie napędzane harmonijką (Kazanoff) i gitarami, tu i ówdzie nawiązujące do dokonań Canned Heat. Nieco uspokojenia wnosi ballada "My Angel Of Mercy". Głównymi instrumentami akompaniującymi wokaliście są pięknie ze sobą współpracujące elektryczne piano i gitara. I tak do końca płyty mieszają się style i nastroje od funkującego i mocno rozkołysanego "Soulbilly Music" z cudownym soulowym chórkiem i Hammondem w tle przez dziarskie shuffle "Ain’t Gonna Be Your Dog" napędzane ognistym slidem aż po soulową balladę "Witness Tree" z rozmarzonym fortepianem i dęciakami. A posłuchać możemy jeszcze "That Ol’ Mule" z latynosko pokręcony rytmem i rozpędzonego "Lucky Seven" z gitarowym graniem jak w The Allman Brothers Band z Dickey Bettsem w składzie.

Wiele ciepłych słów, jakie powyżej napisałem, zebrali muzycy zaproszeni w charakterze gości. Może to rodzić obawę o to, jak zespół wypadnie podczas koncertów, kiedy to będzie musiał zaprezentować się wyłącznie w kwartecie. Czy aby nie zabrzmi gorzej, bardziej ubogo? Może kiedyś będę miał okazję to sprawdzić. Kto wie?

Porównując "Dr. Dupree's Love Shop" do innych, znanych mi albumów z dyskografii The Delta Flyers zauważam sporo różnic i to tych na "plus" jak i na "minus". Bardzo dobrze się stało, że grupa zachowała różnorodność stylistyczną swojej muzyki, ale bez zbytnich przegięć (jak choćby country na "Sixteen Bars"). Dzięki temu krążek jest urozmaicony ale zarazem spójny. Dobrym pomysłem było częste sięganie po dęciaki i instrumenty klawiszowe. Chociaż pewnie z tego powodu zniknęła przyjemna "surowość" i wyraźny akustyczny klimat cechujące ich poprzednie wydawnictwa. No cóż, coś za coś.

Reasumując - sprawnie zagrana i zaśpiewana, wypełniona dobrymi kompozycjami, bogato zinstrumentalizowana, dająca dużą przyjemność podczas słuchania. Taka jest najnowsza płyta formacji The Delta Flyers.

Robert Trusiak