Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Muzyka / Recenzje / Disarm The Descent

Disarm The Descent - Killswitch Engage

Disarm The Descent

Wykonawca:

Killswitch Engage

Gatunek:

Metalcore

8 /10

Killswitch Engage to jeden z nielicznych zespołów, które praktycznie nigdy nie zawodzą. Zarówno live jak i w studio - choć zapewne mniej pobłażliwi słuchacze będą im wypominać album bez tytułu. Przesada.

Niżej podpisany nie będzie ukrywał, że wraz z ewolucją metalcore’a w swojej melodyjnej i przebojowej wersji, która przebiegała w Stanach Zjednoczonych, sam stopniowo muzycznie dorastał i zmieniał swoje upodobania, z thrashu i heavy metalu aż do core. Zespołem, który po dziś dzień jest dla mnie kwintesencją tego nurtu, niezaprzeczalnym liderem i pionierem gatunku jest właśnie grupa pod wodzą Adama Dutkiewicza. Wierni kopiści, mniej lub bardziej udane mutacje KSE z pewnością po wysłuchaniu najnowszego dzieła ekipy z Massachusetts zaczną bić się w piersi, z radością spoglądając w przeszłość, która ukształtowała ich muzycznie, a zarazem była bliższa metalowi, niźli temu, co teraz grają "metalcore’owe" kapele.

To, co zawsze wyróżniało Killswitch Engage na tle innych, to - wbrew pozorom - nie sam Dutkiewicz, czy towarzyszący mu wokalnie Jesse Leach, a następnie Howard Jones - lecz doskonała umiejętność pisania piekielnie gitarowych, przebojowych kompozycji. Genialne melodie i potężne refreny były kolejnym elementem, który wyróżniał tę grupę, a jeśli chodzi o brzmienie, paluchy lidera KSE potrafiły wtedy, i wciąż potrafią, czynić cuda. Nie skłamię jeśli powiem, że jestem zauroczony oprawą brzmieniową "Disarm The Descent". Nowy album to świetnie wyprodukowany i zrealizowany materiał, który nie jest ani wybitnie "cyfrowy" ani też - nazwijmy to - retro. Ciepły, klarowny, przejrzysty, odpowiednio wyważony - jak każdy krążek Killswitch Engage.

A muzycznie? Przede wszystkim, choćby w odniesieniu do "Times of Grace", który można uznawać za powrotny album Leache’a na stanowisku wokalisty, "Disarm The Descent" jest naprawdę ciężki i brutalny. Tylu blastów i szybkich temp, w tym umpa-umpa jak i z podwójną stopą w roli głównej, jeszcze nie było ("The Call" "All That We Have"). Oczywiście, band nagle nie zmienił stylu (a wierność wypracowanej konwencji już w kolejnej dekadzie nowego millenium to raczej rzadkość), a jedynie dopracował ciężar i spotęgował pierwiastek agresji. Killswitch to nadal super przebojowy, i jak na metalcore chyba nawet stadionowy zespół, mający w zanadrzu co najmniej kilka łapiących za serducho refrenów ("In Due Time", "No End In Sight", "Time Will Not Remain") i fantastyczną grę obojga gitarzystów - tym razem wyróżniającą się partiami solowymi.

A wokalnie? Duet Leach - Dutkiewicz jest co najmniej w formie. Powrót Leacha na stałe (zamiast Philipa Labonte z All That Remains) jest chyba jednym z najlepszych w historii współczesnego metalu. To człowiek o niesamowitym głosie, doskonale czujący się zarówno w stonowanych niemal balladowych kompozycjach, jak i bezlitosnych i napędzanych blastem ciosach. Leach, w parze z niedocenianym w tej materii Dutkiewiczem, zarejestrował chyba najlepsze wokale w swej karierze, albo równie dobre jak na albumach swojego The Empire Shall Fall. Killswitch w nowy rok wkroczyli z godnym pozazdroszczenia impetem. I prawie bez breakdownów.

Amen!

Grzegorz "Chain" Pindor