Kup Magazyn Gitarzysta

Maragold - Maragold

Maragold

Wykonawca:

Maragold

Gatunek:

Rock

10 /10

Kto zna Grega Howe, ten wie, że jest to jeden najlepszych technicznie i najbardziej wszechstronnych gitarzystów na świecie. Przez lata związany z kultową wytwórnią Shrapnel Records, Mike’a Varney’a, ale także doświadczony muzyk sesyjnych takich megagwiazd jak Michael Jackson, Justin Timberlake, czy Christina Aguilera.

Te nazwiska świadczą nie tylko o jego kunszcie, ale przede wszystkim o niebywałej wszechstronności. Sam Howe i jego dotychczasowe dokonania solowe kojarzyły się do tej pory gitarzystom z bardzo skomplikowanymi fusionowymi kompozycjami z niezwykle wyrafinowanymi solówkami. Jednak po ponad 25 latach solowej kariery i niemal na 50-te urodziny Greg postanowił zaskoczyć swoich fanów zupełnie nową propozycją - Maragold, czyli mocny, rockowy zespół z Meghan Krauss w roli wokalistki, z towarzyszeniem Kevina Vecchione (bas) i Gianluca Palmieri (bębny).

Płyta "Maragold" ma się ukazać 23 kwietnia, ale już od dłuższego czasu rozbudzała oczekiwania fanów Grega, bo zgodnie z jego obietnicami, o których możecie przeczytać w kwietniowym numerze MG, ma to być zupełnie inna muzyka, mocno osadzona w rockowych klimatach. Czy tak jest? Mieliśmy już okazję zapoznać się z materiałem i oto nasza szybka analiza.

Całość materiału zdecydowanie ma mocne rockowe, momentami nawet oldskulowe fundamenty. Są tu proste, przesterowane riffy w nieskomplikowanych rytmach, klasyczne solówki, bez poszukiwania szybkości i udowadniania przez Grega swojego mistrzostwa, ale przede wszystkim jest atomowy, hardrockowy wokal Meghan, która może spokojnie pretendować do miana wokalnego odkrycia roku. Przez całą płytę nie odpoczywa, tylko razi słuchacza swoim potężnym głosem, bez miejsca na tkliwe, romantyczne zaśpiewy. To rockwoman z krwi i kości.

Ale przebiegnijmy szybko przez poszczególne tytuły.

Evergreen is Golder. Trudno szukać lepszego singla do promocji tego krążka. Prosty riff, w parze z energetycznym wokalem Meghan od razu wgniata słuchacza w fotel. Lekki przester gitary jest mocno podbudowany linią basu Kevina. Rasowe, rockowe solo okraszone jest charakterystyczną dla Howe’a techniką legato z fusionowym kręgosłupem. Bardzo dobre otwarcie, od razu mówiące: "hej, tu nie ma popisów, tu jest czysty rock!"

Czas na Saturday Sun, który rozpoczyna się intro bębnów Gianluki, z ponownie prostym riffem, pod którym, gdzieś w tle można usłyszeć Hammonda. Jest old school rock? Jest! Solówka mięsista, nieco przypominająca Joe Satrianiego.

Po dwóch ostrych wejściach mamy kołysankę, czyli Lullaby. Nie jest to jednak typowa ballada. Zaczyna się czystym stratowym brzmieniem, a jedynie w refrenie pojawia się lekki przester. Znów podwaliny stanowi znakomita praca basisty, który nie chce być nie jest jedynie tłem na tej płycie. Kawałek kończy ulotne solo Grega. W sam raz, by dać nieco wytchnienia słuchaczowi.

Po pierwszych dźwiękach Oracle w głowie zaczyna się kołatać "zaraz, zaraz, to brzmi trochę jak Aerosmith z "Dream On"! Czyli znów stara dobra szkoła… Dalej utwór przechodzi w monumentalne, mocne rytmy w refrenie. Całość wieńczy solówka z intensywnym wykorzystaniem tremolo, aż chce się słuchać w nieskończoność.

Paradigm Tsunami jest małym zaskoczeniem, bo wpada swoim funkowym rytmem jakby znienacka, niespodziewanie. Do tego dochodzą synkopatyczne rytmy i tym razem aż chce się krzyknąć "no, w końcu! Prawdziwy Greg Howe!" Nie wiem, czy takie było założenie, ale nie mam nic naprzeciwko.

Refren już mniej złożony rytmicznie przynosi bardzo energetycznie zagrany riff. Solówka zaczyna się mocnym octaverem, który kojarzy się w pierwszej chwili z Owner of the Lonely Heart Yes. I bardzo dobrze, w końcu to też stara dobra szkoła rocka.

Pociąg już nabrał swojej szybkości i przejechaliśmy połowę drogi. Następna stacja to Penniless and Sane. Utwór skomponowany wedle sprawdzonego już wcześniej wzoru: lekki riff + rozbudowana partia basu, która nadaje całości mocno pulsującą formę. Bardzo dobry kawałek do przytupywania nogą, która sama się rwie do wybijania rytmu. Solo… Hmmm… A gdzie solo? Nie ma… Jak to nie ma?! Po prostu, nie ma…

Story’s Ending wcale nie jest zakończeniem historyjki. Zaczyna się od akustycznego intro, po którym znów czekamy na kolejną mocną zmianę, która jednak nie nadchodzi. Mamy więc pierwszy i jak się okazuje jedyny spokojny utwór z leciuteńko przesterowaną solówką, która sączy się tak, by nie zburzyć całego klimatu. Pięknie…

Magic Pain od początku pokazuje piętno odbite przez Grega. Intro, a potem mocne wejście w refren. Do tego bardzo rozbudowana partia solowa, lekko psychodeliczna w strukturze, zabarwiona fusionowym legato, tak typowym dla Howe’a. Solo ciągnie się przez refren i nabiera charakteru niekończącej się improwizacji, aż do zupełnego wygaśnięcia całego utworu.

Boom Boom Tap (Dance On) kończy podróż przez nieznaną dotąd krainę. Greg mówił w naszym wywiadzie, że płyta posiada mocne hendrixowskie piętno. O ile dotąd trudno było znaleźć odniesienia wprost do Hendrixa, to ten utwór jest całkowitą emanacją twórczości Jimiego. Stratowe intro, bluesowe harmonie, z którymi Greg zostałby pewnie przywitany z szeroko otwartymi ramionami na Thanks Jimi Festival we Wrocławiu. Kawałek ten przypomina też swoim improwizowanym solo, utkanym fusionową ekwilibrystyką, że istniał kiedy bombowy duet Kotzen/Howe. Zdaje się też być swoistym komentarzem dla tych, którzy sądzą, że Greg porzucił techniczne mistrzostwo dla lepiej przyswajalnej muzyki z wokalem. Oj, nie porzucił…

Maragold pewnie niebawem zobaczymy na żywo, bo zespół szykuje się do trasy po Europie. Koniecznie musicie ich (ją!!!) zobaczyć na żywo.

Michał Kubicki