Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Muzyka / Recenzje / Welcome Oblivion

Welcome Oblivion - How To Destroy Angels

Welcome Oblivion

Wykonawca:

How To Destroy Angels

Gatunek:

Electronic

6 /10

Panowie, jeśli nie macie pomysłu na prezent dla swoich dam, Trent Reznor podsuwa bardzo oryginalny pomysł.

Powstały kilka lat temu projekt How To Destroy Angels jawi mi się (i chyba nie tylko mnie) jako gest lidera Nine Inch Nails w kierunku swojej uroczej żony Mariqueen Maanding. A niech dziewczyna sobie pośpiewa, niech zyska rozgłos dzięki nazwisku męża (wszak słowa "How To Destroy Angels" wypowiada się jednym tchem z "Trent Reznor") - on sam tego nie potrzebuje. Muzykę, którą usłyszymy na "Welcome Oblivion", spokojnie mógł umieścić na kolejnej płycie odrodzonej właśnie macierzystej formacji. Przecież z Nine Inch Nails wszystko mu wolno.

W tej całej układance istotna jest jeszcze jedna osoba - Atticus Ross. To właśnie z Brytyjczykiem w parze Reznor skomponował nagrodzoną Oscarem i Złotym Globem ścieżkę dźwiękową do "The Social Network" - żal byłoby nie kontynuować tak owocnej współpracy, prawda? Jednak za "Welcome Oblivion" panowie raczej żadnej nagrody nie dostaną.

Dlaczego? Ponieważ pierwszy duży album How To Destroy Angels nie wyróżnia się niczym szczególnym, nie porywa, a miejscami wręcz nudzi. Grupa postawiła na elektronikę wszelaką, rolę żywych instrumentów ograniczając do minimum. Tu sięgają po trip-hop, tam po ambient. Tu uderzą w tony minimal techno, tam zaatakują uszy noisem. Wszystko to jednak oszczędnie podane, tak, by za bardzo nie zahukać nieśmiałego (dodajmy też - niekoniecznie porywającego) głosu Mariqueen. Jak już mówiłem - ten krążek to coś w stylu podarku dla niej, spłodzonego w domowym zaciszu.

Skoro mamy tu sporo partii śpiewanych, na "Welcome Oblivion" nie brakuje melodii, czasami wręcz popowych (proszę sobie rzecz jasna zdrowo zdystansować to określenie). Broni się jedyna piosenka oparta o brzmienia instrumentów strunowych, "Ice Age", z konkretną zwrotką i jeszcze fajniejszym refrenem. Wszystko oczywiście bardzo oszczędnie podane. Wyszedł im też numer "How Long?" - taką nutę spokojnie mogłaby śpiewać powiedzmy Rihanna (w tym wypadku to komplement) i uczynić ją przebojem.

W innych numerach nie jest już tak porywająco - tytułowy "Welcome Oblivion" ma w sobie czar techno wzbogaconego noisem, ale brakuje mu agresji. "Strings and Attractors" zdobi ambientowa poświata, ale wycyzelowany syntetyczny bit zamiast ubogacać, trochę miażdży ten kawałek. Nudzę się  przy "Recrusive Self-Improvement", który jest trochę bezsensownym instrumentalnym nerwem.

Debiutancką płytę How To Destroy Angels radzę więc traktować jako ciekawostkę - jako taka jest całkiem nieszkodliwa, miejscami frapująca, wystarczy na kilka popołudni. Ale generalnie nie ma tu nic, co by mogło zatrzymać słuchacza na dłużej. No, może nazwisko Trenta i uroda jego małżonki…

Jurek Gibadło