Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Muzyka / Recenzje / My maszyny

My maszyny - Orbita Wiru

My maszyny

Wykonawca:

Orbita Wiru

8 /10

Dojrzałość = złagodnienie? Płyta "My maszyny" zdaje się potwierdzać prawdziwość tego równania. Z pożytkiem dla Orbity Wiru.

Pamiętam, że w czasach, gdy zaczynałem liceum i bezkrytycznie jarałem się każdą formą muzyki metalowej (z Metalliką na czele), moja koleżanka chodząca do szkoły muzycznej wypowiedziała znamienite słowa: "z metalu się wyrasta". Oczywiście ogarnęło mnie święte oburzenie: "jak to? Do metalu trzeba dojrzeć!" Piszę o tym, bo już jakiś czas temu doszedłem do wniosku, że koleżanka poniekąd miała rację. Może i niecałkowicie wyrosłem z metalu, ale doszedłem do wniosku, że ten gatunek to zdecydowanie dopiero początek drogi ku odkryciu wartościowej muzyki.

Wydaje mi się, że dowodzona przez Tomka Serwatkę Orbita Wiru przeszła podobną drogę dojrzewania, co ja - jeszcze na "Wiru Sferze" grali z potężnym wykopem, metalową furią, a sam wokalista (i gitarzysta w jednym) zdzierał gardło growlując i krzycząc. Acz już na tamtej płycie usłyszeliśmy pewne alternatywne odloty, rozwinięte później na "Relikiwacie" - nieoczywiste melodie, ciekawe, poetyckie teksty, urozmaicone struktury utworów i bogatą produkcję. "My maszyny" jest więc naturalnym krokiem naprzód.

Tak naprawdę metalowa jest tu tylko jedna (a i to nie cała) piosenka, kończąca płytę "Azja" - główny riff zbiera skalpy potęgą i groovem godnym Sepultury. Ale kwintesencją piątego albumu Orbity są takie kawałki, jak "Wyznanie" czy "Piekłoraj" - utrzymane raczej w wolnych tempach, bardzo melodyjne we zwrotkach i przebojowo wybuchające, ozdobione mięsistym, pełnym brzmieniem, pięknie uwypuklającym każdy dźwięk utworu. Trio nie chce nas zabijać czadem, woli urzekać delikatnością, choć niepozbawioną wzrostu dynamiki, świetną linią wokalu oraz liryzmem (pozwolę sobie nie cytować - zbyt wiele jest tu słów wartych przytoczenia, by zdecydować się na jedno zdanie).

Orbita Wiru na "My maszyny" podtrzymuje kilka tradycji: sięga po piosenkę innej kapeli - tym razem padło na "Paranoję" Maanamu. Numer zarówno tekstem, jak i pod względem dźwiękowym świetnie wpasowuje się w całość materiału. Innym regularnie pojawiającym się elementem płyt zespołu są gościnne występy: tym razem pojawił się Marcin Steczkowski, by zagrać cudowną partię na kornecie w "Sieście". Jego krótka partia wspaniale ubarwia tę i tak już bardzo dobrą płytę.

Drogę, którą przebył Serwatko i jego współpracownicy, porównałbym do muzycznych wojaży Tomka Lipnickiego - niegdyś znanego z potężnego i agresywnego Illusion, dziś urzekającego spokojem i liryzmem w Lipali. Orbita Wiru też jest już po tej bardziej wyważonej stronie muzyki i stwierdzam, że to dla nich miejsce równie przyjazne, o ile nie lepsze, od poprzedniego.

Jurek Gibadło