Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Muzyka / Recenzje / Nothing You Didn't Deserve

Nothing You Didn't Deserve - Heartist

Nothing You Didn't Deserve

Wykonawca:

Heartist

Gatunek:

Metalcore

6 /10

Z chwilą odejścia Monte Connera i grupy odpowiadającej za A&R w Roadrunner Records, ten niezwykle zasłużony dla metalu label, przeszedł smutną i podyktowaną aktualnymi trendami metamorfozę.

Z wytwórni, która słynęła z wydawania - niezależnie od gatunku - zawsze co najmniej bardzo dobrych zespołów, stała się oficyną, podkupującą z innych rynków metalcore’owe twory, nie bacząc na to, że przykładowo, szeregi Roadrunnera w niezbyt dobrej atmosferze opuszczają Soulfly (Nuclear Blast) czy Devildriver (Napalm Records).

Co i czy w ogóle oznacza to dla tej wytwórni? Tymczasowy amok? Pewnie tak, bo kontrakty z The Devil Wears Prada czy z debiutantami w postaci Heartist to nie są normalne decyzje. Zrozumiałbym, gdyby Heartist naprawdę czymś się wyróżniało, a tu - bardzo brzydko mówiąc - dupa zbita. To po prostu metalcore, którego jedyną zaletą, jest wokalista mocno odstający możliwościami od większości kolegów z gatunku. O ile growle i screamy ma raczej przyzwoite - albo inaczej - po prostu pasujące do muzyki zespołu, tak z czystymi wystrzelił mnie w kosmos. Dawno nie słyszałem tak dobrego wokalisty i szkoda, że Bryce Beckley trzyma się schematycznego "darcia mordy" przeplatanego z cleanami. Mogło by być zupełnie inaczej, wystarczy spojrzeć na Stu Blocka (Into Eternity, Iced Earth i wiele innych) czy Rody’ego Walkera z Protest The Hero.

Co z muzyką? Cóż, jest to metalcore usilnie aspirujący do miana przebojowego i lawirującego na granicy djentu i typowej dla amerykańskich kapel młócki przesiąkniętej breakdownami. Panowie są sprawnymi instrumentalistami i nie chcę wierzyć w to, że nie mają ciekawszych pomysłów. Ja wiem, że to teraz trendy, że scena jest jaka jest i wszyscy brzmią tak samo, ale sorry, u nas za miedzą są lepsze zespoły, a jakoś nie dołączają do katalogu jednego z najdłużej istniejących metalowych labeli. Gdybym miał coś zmienić, to zdecydowanie na miejscu kwintetu odpuściłbym sobie krystalicznie czystą produkcję, dał wykazać się basiście, który ma tutaj (celowo?) najmniej do powiedzenia i dał kopniaka perkusiście, aby częściej łamał rytm a i wsadził blasty, bo miejsca do tego nie brakuje.

Grzegorz "Chain" Pindor