Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Muzyka / Recenzje / All Hell Breaks Loose

All Hell Breaks Loose - Black Star Riders

All Hell Breaks Loose

Wykonawca:

Black Star Riders

Gatunek:

Hard rock

9 /10

Świat się skończy, muzyka wyginie, ale hard rock będzie trwał wiecznie. Właśnie dzięki takim zespołom jak Black Star Riders.

Post thinlizzowski skład na papierze wygląda świetnie: Ricky Warwick, Scott Gorham, Damon Johnson, Marco Mendoza i Jimmy DeGrasso to nazwiska, które fanom hard rocka i heavy metalu mówią wiele. Cztery z nich były i są mniej lub bardziej powiązane z Thin Lizzy, a Jimmy DeGrasso to przecież człowiek, który wyrabiał sobie markę w takich zespołach jak Megadeth czy Suicidal Tendencies oraz przy boku Alice Coopera. Nie sposób zatem w związku z tą recenzją nie używać słowa klucza 'Thin Lizzy', tym bardziej, że skoro sam Monte Conner powiedział: "Jako fan Thinn Lizzy (...) zostałem powalony na łopatki przez ten materiał" to znaczy, iż ewidentnie coś jest na rzeczy. Co zatem można powiedzieć o "All Hell Breaks Loose"?

Album jest soczysty, epatuje niesamowitą hard rockową energią, a przy tym wskrzesza ideały lat '70 i początku '80 ubiegłego stulecia. W jedenastu kompozycjach można odnaleźć od groma inspiracji twórczością Thin Lizzy, ale przede wszystkim w warstwie gitarowej. Wszakże na debiucie Black Star Riders nie uświadczymy klawiszy. W ten sposób wiodące partie instrumentalne należą do gitarowego tercetu Gorham, Johnson i Warwick, którzy na tym krążku zaproponowali naprawdę szeroką paletę zagrywek. Nie chodzi mi już o pokaźny zestaw thinlizzowskich riffów i wymyślnych solówek, ale o rzeczy, które z "All Hell Breaks Loose" uczyniły album nietuzinkowy. Trudno bowiem o inną opinię wobec estradowego "Kissin' The Ground", marszowego "Before The War", absolutnie oldschoolowych "Hoodoo Voodoo" i "Blues Ain’t So Bad" czy wreszcie folkowego (celtyckiego?) "Kingdom Of The Loss". Krążek amatorom gitary ewidentnie powinien dostarczyć mnóstwo radości.

A może jeszcze więcej ludziom spragnionym po prostu dobrego hard rocka? Muzycy Black Star Riders na "All Hell Breaks Loose" postawili bowiem na nośność poszczególnych utworów. Jeśli chcecie posłuchać tego albumu na stadionie, czemu więc tego nie zrobić? Premierowe kawałki zespołu nadają się przede wszystkim na sztandary, a nie do domowego zacisza. Jest w nich sporo przebojowości i tej trochę już współcześnie zakurzonej lekkości w dozowaniu hard rockowych wrażeń. Wystarczy usłyszeć otwierający krążek utwór tytułowy, aby wiedzieć z czym mamy tutaj do czynienia. A całość nakręca znakomity wokal Ricky'ego Warwicka, przeszło czterdziestoletniego już Irlandczyka, tak naprawdę jednak odkrytego w odpowiednim momencie. Z Warwickiem w składzie można wróżyć Black Star Riders dużą karierę. Nie chciałbym w tym huraoptymistycznym tonie umniejszać roli basu Mendozy i perkusji DeGrasso, bo szczególnie temu pierwszemu należą się brawa za kilka efektownych zagrywek. Poza wątpliwościami pozostaje, że nad nagraniem i produkcją tego albumu czuwali ludzie, którzy wiedzą o co w hard rockowym biznesie chodzi.  

I nawet jeśli specjaliści od marketingu niekiedy przesadzają z promocją, to w przypadku Black Star Riders odpowiedzialność za przedpremierowe opinie o tym materiale wzięli m.in. wspominany już Monte Conner, a także sam Ricky Warwick. Ten ostatni zdążył powiedzieć: "Tak zajebiście brzmiąca płyta to doskonała esencja tego, o co chodzi w Black Star Riders". Masz rację, Ricky!

Konrad Sebastian Morawski