Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Muzyka / Recenzje / Now What?!

Now What?! - Deep Purple

Now What?!

Wykonawca:

Deep Purple

Gatunek:

Hard rock

9 /10

W moim przypadku nie była to miłość od pierwszego "usłyszenia". Kiedy upubliczniono promujący album utwór "All The Time In The World" ja, stary fan Deep Purple, poczułem się mocno zawiedziony.

Wymęczony, jakby na siłę zrobiony pod przebój, nie zwiastował niczego dobrego. A co, jak cały album taki będzie? Osiem lat czekania zda się psu na budę? Kiedy w końcu płyta trafiła w moje ręce okazało się, że nie jest tak źle jak się zapowiadało. Mało tego, jest lepiej niż dobrze.

Od pierwszego numeru krążek zachwyca brzmieniem - potężnym, mocnym, soczystym a przy tym niezwykle klarownym i selektywnym. Genialną robotę wykonał Bob Ezrin. Ian Gillan uważa, że jest to najlepiej brzmiący album, jaki kiedykolwiek Deep Purple nagrali i moim zdaniem jest bliski prawdy. Jak to stało się już regułą na współczesnym rynku wydawniczym, płyta ukazuje się w wielu wersjach (nośnik, zawartość). Najskromniejsza edycja zawiera jedenaście zespołowych kompozycji. Stary, dobrze znany od lat Deep Purple miesza się w nich z wieloma nowymi, czasem mocno zaskakującymi, elementami. W konsekwencji dostajemy niezwykle ciekawy i urozmaicony, bardzo współczesny hardrockowy album.

Nie wiem, dlaczego na pierwszy singiel wybrano akurat "All The Time In The World" bo nie jest to z pewnością najlepszy utwór na płycie. Mała prowokacja? Chęć podniesienie i tak dużego napięcia towarzyszącego wszystkim oczekującym na nową muzykę Deep Purple? Zmyślne podgrzewanie atmosfery? Każdy utwór byłby lepszy w tej roli, choćby pierwszy z brzegu, czyli "A Simple Song". Niezwykle spokojny, liryczny początek, który po dwóch minutach wybucha całą mocą "purpurowego" instrumentarium. Zgodnie z tytułem jest to prosta piosenka ale może się podobać. Miałem obawy, jak wokalnie wypadnie 68-letni Gillan, ale już ten pierwszy utwór rozwiewa wszelkie wątpliwości. "Weirdistan" z mrocznym podkładem basu, gitary i organów jawi się jak soundtrack do filmu grozy, a wyjące solo na syntezatorze podkreśla tylko ten nastrój. Skojarzeń z horrorami ciąg dalszy bo i w "Out Of Hand" sporo mrocznego klimatu (ponury wstęp, złowieszcze "smyczkowe" dźwięki). Mocna rzecz napędzana siarczystymi riffami Morse'a i Aireya, s więc Deep Purple w swoim klasycznym brzmieniu.

Coś mi się wydaje, że refren z "Hell To Pay" będzie ochoczo śpiewany przez tłum na koncertach. Świetny numer, jeden z lepszych na płycie. Rozpędzony, dynamiczny, a brawurowe solo na Hammondzie to po prostu majstersztyk. Nieco słabiej wypada funkujący "Body Line" chociaż i Morse i Airey popisują się bardzo sympatycznymi solówkami. Zaraz potem zaczyna się moja ulubiona, niezwykle intrygująca, seria trzech utworów z wyraźnymi inspiracjami i mocno przesyconymi progresywnymi elementami. W "Above And Beyond" zamaszyste hammondowe akordy przywołują skojarzenia z Emerson, Lake & Palmer. Potem w bluesującym "Blood From A Stone" piano elektryczne pod palcami Aireya brzmi jak z "Riders On The Storm" The Doors. To kolejny mój ulubieniec. Głównie za powolne tempo (tylko refren dynamiczny), cudny klimat, rozmarzone solówki Morse'a i Aireya, wokal Gillana. Klawiszowo-gitarowe bardzo klimatyczne intro, zupełnie nie kojarzące się z Deep Purple, rozpoczyna "Uncommon Man". Po trzech minutach fanfarowe brzmienia ponownie przywołują skojarzenia z Emerson, Lake & Palmer. W pewnym momencie wszystko cichnie i Don Airey gra przejmujące, delikatne solo. Piękna rzecz.

Świetnie wypada klasyczny "purpurowy" "Apres Vous" z sympatycznymi dialogami (szkoda, że tak krótko) Hammonda i gitary. A jest tam jeszcze świetny fragment prawie space-rocka z jednostajnym podkładem basowym i perkusyjnym (sample?). Singlowy "All The Time In The World" słuchacze mogli poznać już dość dawno temu. Wersja z płyty jest nieco dłuższa i chyba lepsza. Kolejny mocny punkt to zamykający album demoniczny "Vincent Price". Inspirowany horrorami klasy B z całą masą dźwiękowych dodatków właściwych tego typu produkcjom filmowym. Płyta się kończy i jedyna rzecz, jaką chciałbym teraz zrobić to ponowne jej odpalenie. Nie da się ukryć, że słuchanie "Now What?!" sprawia mi dziką przyjemność. Każdy utwór jest wprost napakowany ciekawymi pomysłami, a to jakaś solówka, pasażyk, riff czy też intrygująca sekwencja akordów, bo tu nie ma zbędnych dźwięków, wypełniaczy ani gry na czas. Duży wpływ na taki stan rzeczy (oprócz rzecz jasna talentu i inwencji muzyków) ma sposób, w jaki powstaje repertuar Deep Purple. Nikt nie przynosi "gotowców", a kompozycje budowane są podczas wspólnego jamowania. Jak doskonale słychać, taka wzajemna inspiracja przynosi bardzo dobre efekty. Przy okazji ujawnia się wyższość tradycyjnego modelu nagrywania materiału (wszyscy muzycy w jednym miejscu) od tego wszechobecnego dzisiaj rejestrowania na odległość, przez internet. Wiele współczesnych zespołów mozolnie i z pietyzmem próbuje odtworzyć brzmienie lat '70, a tymczasem Deep Purple czyli ci, którzy kładli podwaliny pod ten styl, byli prekursorami takiego grania, idą do przodu nie oglądając się zbytnio za siebie. Młodzi ciągle mają się czego od nich uczyć.    

Album dedykowany jest pamięci Jona Lorda a fragment tekstu z utworu "Above And Beyond" "souls, having touched, are forever entwined", czyli w wolnym tłumaczeniu "dusze, które się zetknęły, zostaną splecione na zawsze" posłużył za piękne motto wydrukowane we wkładce. Tytuł krążka można przetłumaczyć jako "no i co teraz?". Trochę bezczelny, jakby  skierowany wprost do tych wszystkich niedowiarków, którzy na "emerytach" z Deep Purple postawili krzyżyk uważając, że nic ciekawego nie są w stanie stworzyć i jedyne co im pozostaje to objeżdżanie świata, odgrywanie starych numerów i odcinanie kuponów od dawnej sławy. No i co teraz, głupio wam? A powinno być, bo pogłoski o artystycznej śmierci Deep Purple okazały się mocno przedwczesne i przesadzone. Zespołowi udała się rzecz zupełnie wyjątkowa - po czterdziestu pięciu latach istnienia nagrali album, który śmiało można postawić obok ich najwspanialszych dzieł.

Robert Trusiak