Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Muzyka / Recenzje / The Mouths of Madness

The Mouths of Madness - Orchid

The Mouths of Madness

Wykonawca:

Orchid

Gatunek:

Doom metal

9 /10

"Kiepscy artyści imitują, wybitni kradną" - miał rzec przed laty Pablo Picasso.

"Prawdziwi spadkobiercy Black Sabbath" powrócili z drugim albumem, i choć trudno zaliczyć Orchid do grona zespołów wybitnych, zacytowane słowa Picassa zdają się tu pasować wręcz idealnie. Black Sabbath to bez wątpienia jedna z najbardziej wpływowych kapel w historii muzyki, która stanowiła i wciąż stanowi niewyczerpane źródło inspiracji dla niezliczonych legionów kolejnych pojawiających się na scenie zespołów. Formacje te w różnym stopniu czerpią z fontanny dziedzictwa brytyjskiej legendy, od luźnych skojarzeń, po fundamenty oraz całą konstrukcję twórczości. Orchid z pewnością należy do tej drugiej grupy, a "The Mouths Of Madness" potwierdza, że umiejętność wejścia w skórę Ozzy'ego i spółki zespół ten opanował w zdumiewającym stopniu.

Gitarzysta Mark Thomas Baker wypiera się wprawdzie aż tak silnego wpływu Sabbath na kompozycje Orchid, ale to w końcu frontman Theo Mindell, czyli nowy, lepszy model Ozzy'ego, odpowiada za muzykę, a uszy nie kłamią. O ile jednak debiutancki długograj pt. "Capricorn" sprzed dwóch lat po prostu imitował twórczość idoli, tak "The Mouths Of Madness" wzniósł Amerykanów o poziom, a może nawet dwa wyżej. Wiem, że są tacy, którzy wolą debiut, ale moim zdaniem jego następca jest pod każdym względem lepszy. Właściwie, w swej niszy, to album bez wad, wyróżniający się doskonałą słuchalnością i dorównujący pod tym względem - co za herezja - wiekopomnym dziełom mistrzów. Tym sposobem Orchid, z całkiem interesujących, ale jednak kopistów, przekształcił się w formację jak nikt inny zdolną wydestylować wszystko to, co najlepsze, ze źródełka inspiracji. I to wydestylować w zdecydowanie twórczy sposób. Oczywiście, granica dzieląca te dwa stany jest cienka, a wiele kapel niebezpiecznie balansuje na jej krawędzi, Orchid jednak wyraźnie ją przekracza, lokując się po właściwej stronie.

Jak już wspomniałem, "The Mouths Of Madness" to krążek lepszy od wcześniejszego przede wszystkim pod względem brzmienia, które jest tu niemal idealne, oraz umiejętnie skrojonych kompozycji. Nie ma tu żadnych wypełniaczy, "The Mouths Of Madness" to 9 równych, dopracowanych w najdrobniejszych szczegółach utworów, w których tu i ówdzie poukrywane zostały różne smaczki, jak brzmienie harmonijki w "Marching Dogs of War", klawisze w "Mountains of Steel" czy świetny perkusyjny fragment w "Nomad". Materiał okraszono przy tym ciepłą, wspaniale selektywną produkcją, która nie zaniedbała żadnego z instrumentów. To dobrze, bo każdy z muzyków ma naprawdę sporo do zaoferowania. Nic to, że od samego początku właściwie wszystko wydaje się znajome i gdzieś (wiadomo gdzie) usłyszane. Po chwili bowiem na pierwszy plan przebija się po prostu czysta przyjemność słuchania. Doskonała robota.

Szymon Kubicki