Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Muzyka / Recenzje / End Of Disclosure

End Of Disclosure - Hypocrisy

End Of Disclosure

Wykonawca:

Hypocrisy

Gatunek:

Death metal

8 /10

"End of Disclosure" to już dwunaste dzieło Hypocrisy, żywej legendy szwedzkiego death metalu, zespołu dowodzonego przez wszechstronnie uzdolnionego Petera Tagtgrena. I tak oto z owej legendarności i wszechstronności można również czerpać na tym materiale.

Następca "A Taste of Extreme Divinity" z 2009 roku oferuje dziewięć utworów, w sumie prawie trzy kwadranse muzyki. W czasie oddzielającym oba albumy, zarówno Tagtgren, jak i perkusista Reidar Horghagen przekroczyli symboliczną czterdziestkę, ale nie ma mowy aby którykolwiek z nich próbował wyhamowywać rozpędzone Hypocrisy. Taki scenariusz nie grozi także basiście Mikaelowi Hedlundowi. Na "End of Disclosure" mamy bowiem do czynienia z Hypocrisy w najlepszej formie.

Szwedzko-norweskie trio bez szczególnego kombinowania obrało kurs na wypróbowane patenty deathmetalowe. Trudną o inną opinię wobec utworów o naprawdę solidnym ciężarze i uderzającej prędkości. Prym w tej materii wiodą "Tales of Thy Spineless", "United We Fall" i "When Death Calls", utwory niczym wściekłe psy spuszczone z łańcucha, pełne potężnych riffów i partii perkusji oraz bezwzględnie wrzeszczące growlem Tagtgrena. Nie da się w tych numerach, w ogóle również w przekroju całej płyty, nie zauważyć roli Horghagena. Perkusista z korzeniami w black metalu, nawet jeśli nieintencjonalnie, przemyca do muzyki Hypocrisy wiele z surowości gatunku, w którym zbudował swoją tożsamość. Wyjątku pod tym względem nie stanowi "End of Disclosure", fragmentami niemalże płonące blackmetalowym złem.

Zresztą, im dłużej na scenie funkcjonuje Hypocrisy, tym bardziej Tagtgren urozmaica kompozycje swojego zespołu. Nie chodzi mi wyłącznie o rozpoczętą swego czasu dosyć naturalną ewolucję w kierunku melodyjnego brzmienia, tego na "End of Disclosure" pod dostatkiem, ale o wypełnianie utworów różnymi drobiazgami czyniącymi je po prostu ciekawszymi. Na dwunastym krążku zespołu znajdziemy kilka koronnych przykładów, które tę teorię potwierdzają. Wszak w towarzystwie wcześniej wspominanych niemalże deathmetalowych klasyków na "End of Disclosure" nie zabrakło właściwiej Tagtgrenowi podniosłości w utworze tytułowym i "The Return", bliskiego kontaktu z industrialną stroną zainteresowań muzyka w "The Eye" i przede wszystkim "44 Double Zero", czy wręcz posługiwania się gitarą budzącą skojarzenia z amerykańskim heavy metalem przełomu lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych w "Soldier of Fortune" i  "Hell Is Where I Stay". Ostatni wymieniony kawałek to również zręczny przykład groove metalowych możliwości muzyków Hypocrisy. Paleta jest szeroka. Nie wolno jednak zapominać, iż nad całością albumu roztacza się właściwa dla szwedzkiego zespołu death metalowa poświata.  Po zetknięciu z "End of Disclosure" nie da się uwolnić od wrażenia iż to kawał solidnego death metalu, ale można przebierać w różnych jego niekonwencjonalnych odcieniach.

Warto zatem sięgnąć po dwunasty studyjny krążek Hypocrisy. To nie tylko kolejny mocny punkt w dyskografii tego uznanego zespołu, ale również otwarta perspektywa na kolejne lata, bo "End of Disclosure", w swej pełnej zalet i wszechstronności formie, podkreśla unikatowość Hypocrisy na szwedzkiej scenie death metalowej. To również otwarty rozdział w kontekście lirycznej strony albumu, jeżeli bowiem Tagtgren po czterdziestce zaczyna rozprawiać się z zakonem iluminatów to znaczy iż będzie to walka rozłożona na przynajmniej jeszcze jeden album. Nie może być inaczej wobec słów z "The Eye" "So, they can make all the money on you and spread the fucking disease, how blind we are, why can’t anyone see?". To pytanie to zapowiedź jeszcze lepszego i jeszcze bardziej brawurowego Hypocrisy.   

Konrad Sebastian Morawski