Kup Magazyn Gitarzysta

Paramore - Paramore

Paramore

Wykonawca:

Paramore

Gatunek:

Pop

8 /10

Był czas, że szukałem prostego gitarowego grania, którego mógłbym słuchać w samochodzie. Płyty Rise Against czy Ignite pokryły się rysami, wtedy ktoś podsunął mi Paramore.

"All We Know Is Falling" zdało egzamin, choć trzeba zaznaczyć, że muzyce Paramore bliżej było do Plain White T's niż do wyżej wymienionych. Styl Amerykanów dowodzonych przez rudą wokalistkę śmiało można było określić jako pop punk. Teraz, po czterech latach przerwy, reprezentanci stanu Tennessee powracają z czwartym w dyskografii pełnowymiarowym krążkiem, który zadebiutował na pierwszym miejscu listy Billboardu.

Czwarty album, ale świeży start, może dlatego nosi on taki, a nie inny tytuł. Około roku 2010 w szeregach zespołu zawrzało, w wyniku czego odeszli współzałożyciele bracia Farro. Miesiące upływały na wzajemnych oskarżeniach. Obie strony wydawały oświadczenia, które przedstawiały zupełnie różne wersje wydarzeń i powodów, dla których wspomniani muzycy zdecydowali się opuścić szeregi grupy. Słuchając najnowszego wydawnictwa Paramore mam wrażenie, że sporo prawdy było w oświadczeniu braci. Być może naprawdę jej management chce z niej zrobić drugą Avril Lavigne. Z drugiej strony muzyka Amerykanów zawsze zawierała duży potencjał komercyjny, więc poniekąd nie dziwi bardziej zdecydowany krok w stronę popu. Paramore w 2013 roku w moim odczuciu to zespół właśnie popowy, jednocześnie nie odcinający się do końca od swoich korzeni. Przesunięto jedynie środek ciężkości i energetyczne gitarowe granie już nie jest esencją stylu Paramore.

Wydaje mi się, że opisane przeze mnie czynniki zdecydowały, że trio powierzyło produkcję albumu Justinowi Meldal-Johnsenowi. Ten muzyk i producent znany jest głównie ze współpracy z M83, a w tym roku produkował również album Tegan And Sara, czyli klimaty raczej odległe od tych znanych z "Riot!" czy "Brand New Eyes".

"Paramore" to wciąż (w przeważającej części) energetyczny pop. Gitary już nie są wysunięte do przodu, funkcjonują na równi z resztą instrumentów. Jest to najważniejsza zmiana w porównaniu z poprzednimi krążkami. Meldal-Johnsen wprowadził więcej ingerencji studyjnej w brzmienie gitary czy basu, mamy również do czynienia z większym natężeniem elektronicznych dźwięków. Płyta jest bardzo łatwo przyswajalna. Produkcja z kolei znakomita, słychać poszczególne instrumenty, żaden dźwięk nie umyka, nie konkuruje z innymi, brzmienie jest klarowne ale nie przesadnie plastikowe. Zespół od czasu do czasu przypomina o swojej rockowej przeszłości.

Płyta trwa ponad sześćdziesiąt minut i zawiera siedemnaście utworów. Co można zapisać na plus to, że nie ma tu wypełniaczy. Słuchacz otrzymuje siedemnaście równych kompozycji. Jak to w popie, mamy do czynienia z przebojowymi, zróżnicowanymi numerami z łatwymi do zapamiętania refrenami. Hayley Williams swoim charakterystycznym głosem śpiewa osobiste teksty, które z pewnością bardziej trafiają do dziewczyn niż do kogoś takiego jak ja.

Muzyka płynie, klimat się zmienia, raz jest energetycznie, raz bardziej drapieżnie, innym razem bardziej refleksyjnie. Proste kawałki są zgrabnie zaaranżowane. Sporo tu, jak na pop, ciekawych brzmień. Jak wspomniałem album jest równy, ale ma swoje momenty, jak choćby elektro-popowy "Part II", przestrzenny i nieco marzycielski w klimacie. Jest nieco bardziej refleksyjny z bardzo chwytliwym refrenem "Last Hope". Funkujący "Ain't It Fun" przynosi nawet chór na modłę gospel. "Still Into You" to z kolei nawiązanie do wcześniejszej twórczości grupy, zadziorny z klasycznie pop-punkowym gitarowym tematem w refrenie. Skoczny "Anklebiters" brzmi jakby Amerykanie na chwilę zamienili się instrumentami z jakimiś szalonymi indie rockowcami. "Hate To See Your Heart Break" to prosta radio-friendly ballada posypana lukrem w postaci tematu na smyczki. "(One Of Those) Crazy Girls" swoim perkusyjnym bitem przenosi nas w lata '60. Zamykający album "Future" to z kolei właściwie alternatywny rock z post-rockową końcówką, której przewodzi ciężka surowa zapętlona gitara i perkusja rodem z nagrań Steve'a Albiniego. Utwór stanowi godne zwieńczenie tej udanej produkcji.

Tak naprawdę "Paramore" to wciąż Paramore. Podobnie jak na wcześniejszych płytach, dominują proste, chwytliwe utwory. Tym razem jednak więcej pola Williams i spółka zostawili eksperymentom brzmieniowym i elektronice, które przewijają się przez cały album. Przynajmniej przez większą jego część. Wielu starych fanów na pewno będzie się zżymać z tego powodu. Ile jednak można nagrywać takie same płyty. Nawet jeśli to odskocznia, to i tak było warto, bo słuchacz otrzymuje od zespołu coś świeżego. Jest mniej gitarowo, bardziej popowo, ale co z tego, skoro to dobry pop. W przypadku tej grupy jest to kierunek, który - moim zdaniem - warto utrzymać.

Sebastian Urbańczyk