Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Muzyka / Recenzje / The Dark and The Light

The Dark and The Light - Doogie White & La Paz

The Dark and The Light

Wykonawca:

Doogie White & La Paz

Gatunek:

Hard rock

8 /10

Zaledwie kilkanaście miesięcy po premierze płyty "Granite" Doogie White z kolegami prezentuje nowy materiał. O ile na debiucie znalazło się sporo kompozycji z początkowego okresu działalności (zespół powstał na początku lat 80-tych), o tyle najnowsza płyta zawiera wyłącznie premierowy materiał.

Zdecydowana większość kompozycji wyszła spod ręki gitarzysty Chica McSherryego, chociaż jak podano we wkładce nie obyło się bez dodatkowego błysku geniuszu pozostałych instrumentalistów. Jedną miniaturkę dorzucił klawiszowiec Andy Mason.

Już otwierający płytę "Little Black Book Of Songs" wywołał uśmiech zadowolenia na mojej twarzy. Dynamiczny, rozpędzony, zagrany z czadem i wykopem, ze słyszalnymi inspiracjami Rainbow i Deep Purple (Doogie krzyczy na początku niczym Gillan w "Highway Star") i pięknie brzmiąca slidem gitarą. Jednym słowem zacne otwarcie. Potem jest równie interesująco. "Don’t Drink With The Devil" z wariacką solówką na klawiszach i gitarze czy też "Old Hobits Die Hard" utrzymane są w podobnym tempie i charakterze. Ciekawie prezentuje się "Burlesque" głównie ze względu na to, że zespołowi towarzyszy trzyosobowa sekcja dęciaków grająca rockowe riffy. Szkoda tylko, że jest trochę za bardzo wycofana na drugi plan.

"De La Luz" to trwająca trochę ponad minutę klawiszowa impresja. Rozpoczyna się przyjemnym dla mojego ucha "bulgoczącym" Hammondem by po chwili przejść w kościelnie brzmiące, monumentalne organowe tony. Całość prezentuje się trochę jak intro do zaczynającego się zaraz potem, bez choćby chwili przerwy, epickiego "Devil In Disguise". Jedyny spokojny utwór na płycie to "Lonely Are The Brave". Całkiem udana ballada z dominującym fortepianem i pełną emocji gitarową solówką. "Shadow Of Romance" to chyba najmniej udany utwór z całej "dwunastki". Bardzo średnia kompozycja no i ten niepotrzebnie przesterowany wokal Doogiego. Chyba jedyny plus to bardzo przyjemne solo na tenorze. Najdłuższy na krążku "Men Of War" to kolejna dawka epickiej podniosłości. Kawałek płynnie przechodzi w zamykający płytę instrumentalny "The Fallen" zawierający sympatyczny ukłon w stronę tradycji, jaką z pewnością są dziarscy szkoccy bębniarze.

Atrakcyjnym uzupełnieniem muzycznej zawartości krążka jest okładka autorstwa Oliwi Piotrowskiej-Wieczorek i Jarosława Wieczorka. Kolorystycznie nawiązuje do tytułu albumu bo jest i "dark" (ciemne, matowe tło) i "light" (secesyjnie faliste srebrne "mazy", które po rozłożeniu układają się w zarys twarzy). Dobrego wrażenia nie psuje drobna pomyłka w numeracji utworów.

Świetnie brzmi ta płyta. Jest soczyście, dynamicznie i mocno. Z opisu we wkładce wynika, że poszczególne instrumenty i wokal nagrywane były w różnych miejscach (gitary i klawisze po prostu na laptopach) ale całość została pięknie poskładana. No ale to nic wielkiego przecież rejestrowanie albumów "na odległość" stało się obecnie dość powszechnym zjawiskiem.

Muzyka formacji La Paz nie jest specjalnie oryginalna ani odkrywcza. W ich kompozycjach pobrzmiewają inspiracje Rainbow, Deep Purple, Whitesnake i jeszcze paroma innymi wykonawcami, a mimo to materiału słucha się z dużą przyjemnością. Nie ukrywam, że najnowsza płyta La Paz to po prostu miód na moje serce bo bardzo lubię klasyczne hard rockowe łojenie. Na koniec dobra rada - koniecznie słuchajcie bardzo głośno.

Robert Trusiak