Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Muzyka / Recenzje / Like A Drug

Like A Drug - Archangelica

Like A Drug

Wykonawca:

Archangelica

Gatunek:

Art Rock

6 /10

Po niespełna dziesięciu latach funkcjonowania i nagranych w tym czasie dwóch demówkach ("Archangelica" z 2007 i "Where are you now" z roku 2009) warszawska Achangelica zaserwowała pierwszy w karierze pełny album studyjny wydany z pomocą niezastąpionego krakowskiego Lynx Music, a jeśli Lynx, to wiadomo już jakich klimatów można się spodziewać.

Jest na "Like a Drug" trochę progresji (mało wirtuozerskiej, bardziej przestrzennej), zdarzają się również dźwięki heavy metalowe (w stopniu skromnym, ale jednak), przede wszystkim jednak Archangelica operuje stylistyką art rockową ze sporą dawką ładnych solówek, klimatycznych melodii i niezwykle atmosferycznych klawiszy. Kompozycje potrafią wprawdzie przykopać mocniejszymi riffami, ale o sile wydawnictwa stanowią przede wszystkim fragmenty liryczne, kiedy pojawiają się całkiem melodyjne i wpadające w ucho wokale Krzysztofa Sałapy, którego głos może przywodzić barwą na myśl Nicka Barretta z Pendragon - interesujący, bo trochę zachrypły i emocjonalny. Panowie często korzystają też z gitar akustycznych, co korzystnie wpływa na charakter kompozycji, które zbudowane są raczej prosto, odnosząc się do popularnego podziału zwrotka-refren, bez większych udziwnień.

Materiał z "Like a Drug" to w gruncie rzeczy całkiem rzeczowe granie, tyle, że bez większych ekscytacji. Świetne, oniryczne intro z wokalizą Natalii Matuszek to rewelacyjne wprowadzenie w album, a łącznie z następną, tytułową kompozycją z ciekawymi chórkami, na pewno potrafią przykuć. Robi się trochę monotonniej przy okazji "Congession", ale już "Night Passage" uzbrojono w przyjemny, wolniejszy i melodyjny fragment liryczny, przyspieszający w końcówce na modłę "Berlin" Marillionu czy "The World We Live In" z repertuaru The Black Noodle Project, który może się podobać. Album znów traci charakter, by ożyć przy okazji mocniejszego "Cathedral" z ciekawymi klawiszami na wstępie (cała kompozycja przypomina klimatem debiut grupy Crystal Lake). Dwie kolejne piosenki przypominają początki Marillion z czasów Hogartha - wolne na zwrotkach, z podgrywającymi ciepło gitarami i mocniej akcentujące podczas ciekawych refrenów. Album kończy "When All is Gone" z przyjemnym wokalem, ale charakteru utworowi dodaje przede wszystkim powracająca co rusz melodia na klawiszach i wokaliza pod koniec.

Ostatecznie gdy "Like a Drug" dobiega końca ma się wrażenie obcowania z całkiem udanym, wartym przesłuchania debiutem, w pełni profesjonalnym, ale w gruncie rzeczy jakoś niespecjalnie angażującym. To poprawna płyta, której brak jednak zadziora, jakiegoś mocniejszego punktu przykuwającego uwagę. Obawiam się, że w roku tak rewelacyjnych art-rockowych debiutów jak te spod szyldów HellHaven czy State Urge, oraz całej masy wybitnych polskich wydawnictw z tego gatunku (Osada Vida, Votum, Riverside, Believe, Millenium) płyta Archangeliki może zostać niezauważona. Jeszcze kilka lat temu "Like a Drug" warto by obsypać sporą dawką komplementów, dziś jednak poziom muzyczny został tak wywindowany, że debiut warszawiaków mocno odstaje od reszty. Miejmy jednak na uwadze, że to pierwsza długogrająca płyta zespołu - czekamy na drugą, lepszą, charakterniejszą, bo na pewno Archangelikę na to stać.

Grzegorz Bryk