Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Muzyka / Recenzje / The New World Record

The New World Record - Pixie Carnation

The New World Record

Wykonawca:

Pixie Carnation

Gatunek:

Indie rock

6 /10

Ten album już kiedyś "prawie" został wydany. Było to w 2011 roku, gdy grupa Pixie Carnation w porozumieniu z wytwórnią Tapete Records uszykowała już nawet egzemplarze promocyjne płyty "The New World Record".

Promki poszły w świat, a zespół i wytwórnia zawiesiły współpracę z powodów dla przeciętnego słuchacza raczej nieistotnych.

Materiał nie przepadł jednak w szufladach szwedzkich muzyków, a po dwóch latach niebytu za jego wydanie w obecnym kształcie odpowiada ACP Recordings. Dobrze się oczywiście stało, że wreszcie album ujrzał światło dzienne - trzeba by być przecież totalnym gburem i pozbawionym serca cynikiem, by mówić inaczej. Inna sprawa, czy rzeczywiście jest się czym ekscytować, bo wprawdzie Arcade Fire gdzieś tam w dźwiękach Pixie Carnation pobrzękują, ale żeby przyrównywać szwedzki zespół do dokonań Bruce Springsteena (a i głównie takim sloganem w Polsce się album reklamuje), to już trzeba by nałykać się kolorowych pastylek, przepić to ognistą wodą i to w stanie wysokiej gorączki. Na siłę może w "Young And Free" czy "Dreaming Still" jakaś tam nutka Bossowego zadziora drzemie, ale nie ten wokal, nie ta ekspresja, nie ten czad - nie dajmy się więc nabrać na ten tani chwyt marketingowy.

Pixie Carnation są zresztą mało rock'n'rollowym zespołem. Grają typowo alternatywne kompozycje, indie właśnie oparte na prostej sekcji i gitarze rytmicznej (w większości bez przesteru). Ubogacone są te utwory skrzypcami, pianinem czy wiolonczelą, co nadaje fragmentami dość podniosły ton. Momentami zespół kieruje się też w stronę niezwykle melodyjnego popu, tyle, że wszystko to ciągle w stylistyce indie. I prawda jest tu dużo przyjemnych, skocznych melodii; panuje nastrój pogodny i wakacyjny; piosenki są żwawe i żywe, a wokale wpadają w ucho - szczególnie często spotykane wokalizy w stylu "na-na-łu-łu" (vide "When Did The Lights Go Out", "We Can Lie", Keep It Coming"); tyle, że mało tu czegoś autentycznie oryginalnego, co by przykuło do głośników i zainteresowało muzyką. Zamiast tego mamy zbiór bardzo miłych w słuchaniu piosenek, idealnych na słoneczne dni, optymistycznych, ale służących raczej za tło dla pogodnych rozmyślań.

Właściwie nie ma się nawet do czego przy okazji "The New World Record" przyczepić, można sypnąć tylko garścią niezbyt imponujących pozytywów składających się na album, który raz przesłuchany znika z pamięci, w głowie pozostawiając jedynie myśl, że to całkiem miłe granie było. Tylko i aż tyle.

Grzegorz Bryk