Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Muzyka / Recenzje / Absent Light

Absent Light - Misery Signals

Absent Light

Wykonawca:

Misery Signals

9 /10

Kto lubi progresywny metal, a nawet metalcore, ten powinien niemal skakać z radości na wieść o nowym albumie Misery Signal. Grupa, która przetarła szlaki dla całych zastępów mniej lub bardziej interesujących zespołów; w tym dla młodzieńców z genialnego Of Virtue.

"Absent Light" to czwarty studyjny album formacji, a pierwszy wydany w barwach młodej, ale cieszącej się ogromnym szacunkiem oficyny Basick Records. Label, który słynie ze zrzeszenia nietuzinkowych metalowych aktów, może wreszcie pochwalić się zakontraktowaniem jednego z najlepszych zespołów w gatunku oraz śmiało uznać przyjęcie Misery Signals na pokład, za najważniejszy deal w historii wytwórni.

Zanim jednak do tego doszło, zespół pod wodzą Karla Schubacha uruchomił kampanię indiegogo, która miała na celu sfinansowanie nagrań albumu. Idąc za ciosem, szlakiem wytyczonym przez sukces Protest The Hero (ponad 100 tys dolarów na produkcję albumu!) osiągnęli zamierzony pułap i dzięki wsparciu samych fanów, dostarczyli nam krążek, który jeszcze przez długie lata będzie cieszył uszy słuchaczy. Jeszcze przed premierą albumu, niecały rok temu, wokalista Misery Signals wypuścił w eter krążek swojego solowego projektu nazwanego Solace. Kiedy słucham "Absent Light" odnoszę wrażenie, że oba te albumy mają wiele punktów wspólnych. Ba, uważam, że debiut Solace, nagrany i wyprodukowany w sypialni Schubacha to preludium do "Absent Light", z tą jednak różnicą, że frontman grupy, w przeciwieństwie do braci Morgan odpowiedzialnych za muzykę Misery Signals, zafascynował się djentem.

Fani progresywnego metalu z pewnością zastanawiali się, czy grupa z Wisconsin podąży za tym, chyba już dogorywającym trendem, i da się porwać brzmieniowym aspektom tego gatunku. Nic bardziej mylnego. Misery Signals staje okoniem do djentu i udowadnia, że równie interesujące dźwięki, jeśli nie bardziej, można sprokurować "normalnymi metodami". Ot, wystarczy dodać smyki, klawisze, posiłkować się ambientem (vide "Two Solitudes"), a momentami dość surowe i tylko miejscami bardzo agresywne i osadzone na hardcore’owym kręgosłupie łojenie, a całość staje się o niebo/piekło lepsza. Zresztą, nawet i bez tego, warstwa muzyczna "Absent Light" jest wystarczająco interesująca, aby uznać ten album za ścisłą tegoroczną czołówkę.

Fani gitarowych popisów zdecydowanie mają tutaj czego słuchać. Pojedynki Morgana z Thomasem robią wrażenie, ale dopiero, gdy w tle jeden "gra swoje", aż chce się zapętlić dany fragment. Panowie grają bardzo precyzyjnie, często łamią metrum, a co najważniejsze, nawet w spokojniejszych fragmentach, dalej słychać, że mamy do czynienia z metalowcami. Ciężar "Absent Light" jest bodaj największym zaskoczeniem. Panowie nigdy wcześniej nie byli tacy "heavy", co niezmiernie mnie cieszy. Dodatkowo, gra perkusisty Brandena Morgana, uderzającego bardzo mocno, jakby chciał zostać głównym aktorem całego przedstawienia, tylko potwierdza siłę dźwięków zawartych na "Absent Light".

Co z wokalami? Schubach’a tradycyjnie, co dobitnie pokazał w Solace, drze się w charakterystyczny dla siebie, niemożliwie jednostajny, ale za to monstrualny sposób. Mało który krzykacz w tym gatunku może pochwalić się takim rykiem. A nie jest to przecież growling. Dodatkowo, dykcja Schubacha pozwala zrozumieć wszystkie - i w mojej opinii - najlepsze jak do tej pory napisane przez niego teksty. Już od pierwszych wersów intra "A Glimmer of Hope" - "I’m not ready to say goodbye / the closer we get / the more it huts / we’ve already come this far  (…)" po prostu wiadomo, że będzie dobrze. Wieńczące intro “We all give up; eventually"  perfekcyjnie oddaje ducha tekstów Karla.

Dla mnie cios.

Grzegorz "Chain" Pindor