Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Muzyka / Recenzje / Downwards

Downwards - Rape On Mind

Downwards

Wykonawca:

Rape On Mind

8 /10

"Downwards" jest debiutancką płytą Rape On Mind. A także prawdziwym gwałtem na umyśle.

Niecałe pół godziny muzyki to wszystko, co serwuje nam ta niemłoda, bo mająca już dziesięć lat polska kapela. Uformowana w Rzeszowie, dzieli niektórych muzyków z tamtejszą Kethą. Od początku słychać podobieństwa z tą drugą formacją, i to zarówno w sferze rytmicznej, jak i wokalnej. Połamane rytmy, zawrotne tempa oraz pewna doza grindcore’owego szaleństwa… to z pewnością łączy oba zespoły.

Rape On Mind odróżnia się jednak mniejszą ilością technicznego grania, a większą - klimatycznego. Zwiastuje to już pierwszy, tytułowy utwór, "Downwards", który zaczyna się spokojną partią nieprzesterowanej gitary w akompaniamencie saksofonu będącego niemałym zaskoczeniem na tak ekstremalnej płycie, ale i idealnym dopełnieniem chorych riffów rodem z Meshuggah. Oprócz tego do cieszących ucho elementów zaliczyć należy wokale, które występują to w formie czystego, przejmującego śpiewu (wspomniany już "Downwards"), to niepokojącego szeptu ("Break Or Be Broken"), to znowu potężnego ryku ("Lost").

Najbardziej zadziwia różnorodność, jaką oferuje zespół na swoim debiucie, przez co niemożliwym staje się przyklejenie mu na stałe jakiejkolwiek etykietki. Słychać inspiracje wczesnym Blindead z okresu "Devouring Weakness" ("Steps"), technicznym deathmetalowym graniem w rodzaju Decapitated (ponownie "Lost"), a nawet… Kornem ("Memories Always Burn").

Z kolei od strony technicznej Rape On Mind wychodzi bez zadyszki. Wielkim plusem jest produkcja, która sprawia, że nawet najbardziej pokręcone i dysonansowe riffy, potraktowane szeroką paletą efektów, brzmią selektywnie (pozostaje mieć nadzieję, że podobnie będą brzmieć one na żywo). Owszem, czasem zaskrzeczy niewytłumiona struna albo zaszurają palce po podstrunnicy, ale to tylko przyprawia "Downwards" o dozę pewnej naturalności i przypomina, że tu grają ludzie, a nie komputery. A także dodaje klimatycznego brudu, co pogłębia wrażenie uczestniczenia w dźwiękowej chorobie psychicznej. Szkoda tylko, że trwa ona niespełna pół godziny. Z drugiej strony - jest to materiał bardzo skondensowany, przez co można zadowolić się samym tym czasem. Niedosyt jednak pozostaje.

Mogę mieć tylko nadzieję, że gwałciciel już wkrótce znowu zostanie zamknięty w więzieniu studia, aby po wyjściu z niego mógł zostać recydywistą.

Bartosz Nysler