Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Muzyka / Recenzje / Blackfield IV

Blackfield IV - Blackfield

Blackfield IV

Wykonawca:

Blackfield

Gatunek:

Pop rock

10 /10

"Blackfield IV" to kolejny krok Aviva Geffena w kierunku większej dominacji w Blackfield. Steven Wilson na "czwórce" projektu jest jedynie gościem.

Już na poprzednim krążku udział Geffena był większy, wtedy stał się liderem Blackfield. Wilson na "Blackfield IV" swoją aktywność ograniczył do produkcji oraz miksu, a także rejestracji partii gitar i wokali towarzyszących. Powodem tego była jego działalność w solowym projekcie, którego płyta "The Raven that Refused to Sing (And Other Stories)" ukazała się na początku roku.

"Blackfield IV" to bardzo dobry, być może nawet najlepszy krążek kolaboracji Geffen - Wilson. To wciąż popowe granie z domieszką progresji w wydaniu Wilsona, jednak śmiem twierdzić, że to najbardziej przystępny album formacji. Ponadto jako pierwszy w ich dyskografii został nagrany przy gościnnym udziale znakomitych wokalistów, takich jak Brett Anderson (Suede), Jonathan Donahue (Mercury Rev) oraz Vincent Cavanagh (Anathema). Mało nowości? To materiał zmiksowany w stereo 5.1, więc jest to gratka dla miłośników przestrzennego brzmienia.

Na "Blackfield IV" znajdziemy fuzję różnorakich brzmień, począwszy od dominującego popu, przez indie rock, muzykę symfoniczną, aż po dubstep. Na album składa się 11 mistrzowsko skomponowanych i zaaranżowanych przez Aviva Geffena utworów. W ośmiu usłyszeć go możemy jako wokalistę. Otwierający "Pills" to najbardziej Wilsonowski utwór na płycie. Rozpoczyna się lekko niepokojącym akustycznym intro, a kończy progresywną solówką, typową dla stylu grania tego gitarzysty. "XRay" został nagrany z udziałem Cavanagha. W utworze słychać harfę i wiolonczelę. Jest nastrojowo, wręcz magicznie. Później przychodzi czas na singlowy "Jupiter" - dalej sielankowo, lecz nieco energiczniej, gitarowo. Ślad formacji Suede, choć nie do końca, bo stylistycznie kompozycja pasuje bardziej do Blackfield, niż do kapeli Andersona, możemy usłyszeć w "Firefly". To łagodniejsza wersja Suede, a szczególnie różna od brzmienia "Bloodsports", niedawno wydanego przez brytyjską formację.

Udział trzeciego gościa, wokalisty Mercury Rev usłyszeć możemy w "The Only Fool is Me". Jonathan Donahue zaśpiewał łagodnie, wręcz kołysankowo. W numerze nie zabrakło często występujących w aranżacjach Geffena instrumentów smyczkowych. Ducha Beatlesów dostrzec można w "Kissed by the Devil". Obok "Pills" to mój faworyt tego krążka. "Blackfield IV" nie wprowadza większych zmian w stylistyce grupy. No, może poza nieco dubstepowym zakończeniem w "After the Rain". To najkrótszy kawałek na albumie. Jest pozytywnie, jak mówi minimalistyczny tekst utworu - po deszczu wychodzi słońce...

"Blackfield IV"
godnie podsumowuje trzynastoletnią działalność zespołu. To bardzo udana płyta, reprezentująca dobre, mądre popowe granie. W końcu tego bardziej ambitnego popu na rynku muzycznym nie mamy zbyt dużo. Na zakończenie dobra wiadomość dla fanów Stevena Wilsona: wbrew wcześniejszym ustaleniom, Steven weźmie udział w trasie promującej najnowszy materiał. W lutym przyszłego roku Blackfield odwiedzi Polskę na koncercie w Warszawie.

Wojciech Margula